sobota, 12 października 2013

Rozdział 7

    Perspektywa Scarlett
Środa, 27 marzec 2013 r.
 Z samego rana obudziły mnie jakieś krzyki i dźwięk tłuczonego szkła... lub porcelany. Ziewnęłam przeciągle, schodząc z łóżka. Nie wiem jak dziewczyny namówiły mnie wczoraj na tę imprezę. Niby nie przepadam za smakiem i smrodem alkoholu, aczkolwiek od czasu do czasu lubię sobie coś wypić... ale wczoraj był wtorek! Prawie środek tygodnia! Nie mogę sobie pozwolić na takie odskoki, bo wzorowa średnia legnie w gruzach. Moje całe lata siedzenia nad książkami zmarnują się przez jedną lub dwie imprezy! Zginę! Rodzice mnie zabiją! Całe życie będę mieć zmarnowane! Umrę w męczarniach! Nie pokarzę się więcej publicznie! Ja...
  - Auć... - Burknęłam pod nosem, spoglądając na Alexa z wyrzutem. Czy ten spaślak musiał akurat rozłożyć się na podłodze jak jakiś pół Bóg akurat przed drzwiami? - To wszystko twoja wina, wiesz? Mogłam się zabić! To był zamach na moje życie! Idę się pociąć masłem... - Jęknęłam zrozpaczona, jednak mój stan drastycznie uległ zmianie, gdy ten spojrzał na mnie swoimi czekoladowymi oczyma. - Jakiś ty uroczy! - Pisnęłam, rzucając mu się na szyję. Ten uniósł dumnie łeb, a następnie parsknął, jakby chciał przekazać "Przecież od dawna o tym wiem"... egoistyczny narcyz, który nie grzeszy ani gramem skromności - to cały Komisarz.
 Wstałam z podłogi, ciut obolała po upadku, następnie schodząc po schodach. Długie za kostki dresy nie ułatwiały mi tej tułaczki do salonu, a przez różowy podkoszulek było mi zimno. Dobrze byłoby zaopatrzyć się w jakiś sweter... moje rozmyślenia przerwał cichy jęk. W sumie... nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w holu był pagórek...
  - Scar... uważaj... jak... mój łeb... - Jęknął Jace, na którego niechcący nadep... STOP. Co brat An robi u nas w domu? W holu? Śpiąc? W SAMYCH BOKSERKACH?!
  - Won do domu pedofilu!!! - Krzyknęłam mu do ucha, a gdy ten z piskiem dziewczynki odskoczył ode mnie, mordując przy okazji wzrokiem wspaniałą osóbkę (czyt. mnie), uśmiechnęłam się najsłodziej jak tylko potrafiłam.
Ten tylko zaczął udawać, że śniadanie mu się cofa. A ja go tak lubiłam! W pewnym sensie... jeśli można lubić geja, brata swojej przyjaciółki, którego się niemalże zna jedynie z widoku i krótkich wymian zdań. - Swoją drogą co ty tutaj robisz? Nie wróciłeś z Louisem do domu? I gdzie dziewczyny? - Spytałam, drapiąc się delikatnie w tył głowy. No helloł, ja tutaj próbuję spać, a...
 I znów jakiś męski krzyk, oraz kolejna stłuczona rzecz. Do tego doszło jeszcze wycie i przekleństwa. Cały harmider dobiegał z kuchni.
  - Nie wróciłem, bo nie miałem jak... Louis uchlał się w trzy dupy i polazł za An tutaj... a, że jestem wspaniałym, cudownym, przystojnym, inteligentnym... - Zaczął wymieniać, w tym momencie przypominając mi Alexa. Oczywiście chodzi mi o jego narcyzm.
  - Wystarczy tego dobrego, mów co dalej. - Westchnęłam ciężko, gdy ten złapał się za obolały łeb, gdy doszło do kolejnych krzyków. Tym razem byłam w stu procentach pewna, że głos należy do Libby. Czyżby Harold znów wyprowadził ją z równowagi? Dziwne...
  - Em... hej... co się dzieje? - Usłyszałam zaspany głos Izy, stojącej za mną. Jęknęłam podirytowana, gdyż nie dostałam żadnej konkretnej odpowiedzi. Z zaciśniętymi pięściami wmaszerowałam do kuchni, zamykając oczy i biorąc głęboki, "oczyszczający" wdech. I w tym momencie coś śmignęło mi prosto koło ucha. Z przerażeniem spojrzałam w tamtą stronę, gdy wszystko do okoła ucichło. Szklanka. Rozbita. Kilka centymetrów ode mnie.
  - Wy... - Spojrzałam z rządzą krwi na blondynkę i Stylesa... kolejny się znalazł, który nie wie jak trafić do domu. Powoli zaczęłam podchodzić w ich stronę, omijając biedne zwłoki talerzy. Ci powoli cofali się, a w ich oczach można było ujrzeć strach, gdy tylko chwyciłam wielki, kuchenny nóż. - Wy... bando niewyżytych oszołomów! Ja pierdolę, nie można was zostawić nawet na pięć minut samych, bo od razu pół domu jest w ruinie! Do tego celowaliście we mnie szklanką! SZKŁEM! A jakby mi się coś stało?! Wy w ogóle myślicie?! Może ruszylibyście chociaż raz tymi waszymi pustymi łbami, by wywnioskować, że tak NORMALNY człowiek się nie zachowuje?! Kim wy niby jesteście?! Neandertalami, żeby rzucać się?! Skaczecie sobie do gardeł jak gówniarze! Chcecie się pozabijać? Proszę bardzo! Mnie to nawet odpowiada! Tylko WARA od tego domu! TO NIE JEST JAKIEŚ ZADUPIE, GDZIE MOŻECIE SIĘ NAWALAĆ RZECZAMI! Jeśli zobaczę, że w waszym otoczeniu jest bajzel to wam łby pourywam! Rozerwę was na strzępy, podziurawię nożyczkami i rzucę psom z policji na pożarcie! Wyraziłam się jasno?! - Wydarłam się na nich, wyrzucając przez okno ostrzę, a ci w ręcz biali niczym mąka pokiwali potwierdzająco głowami.
 Aż miałam ochotę ich udusić... pociąć ich ciała tasakiem znajdującym się w szafce tylko dwadzieścia centymetrów ode mnie... chwila.
  - S~Scarlett... ja... em... - Iza stojąca w wejściu w kuchni zszokowana nie umiała wydobyć z siebie sensownego zdania. Dla otuchy uśmiechnęłam się w jej stronę i w tym momencie to mnie zamurowało. Za nią stał Louis, Niall, Zayn, Liam, Ana, oraz jej brat, patrząc się na mnie jak na psychopatkę. Westchnęłam ciężko, odkaszlując. Przecież ja nic takiego nie zrobiłam...
  - Dobra, robię omlety na śniadanie. Mamy półtorej godziny do pierwszego dzwonka! - Zawołałam wesoło, a wszyscy się skrzywili. Super, czyli gdy darłam japę to się bali i pozapominali o kacu, a teraz nagle im się przypomniało, hę?

***

 Słońce niemiłosiernie przypiekało. Szczególnie, jeśli nie przewidziało się takiej pogody i, jak w moim przypadku, założyło się sweter. No, ale nie zdejmę go za żadne skarby świata. Uważałam, że zbyt świetnie wyglądam, żeby to zmarnować.
 W klasach było tak duszno, że gdy zabrzmiał końcowy dzwonek, wszyscy od razu wylecieli przed szkołę. Nauczyciel zabronił otwierać okna, gdyż to "zbyt niebezpieczne". No nie, ale upieczenie nas w klasie to na pewno super logiczne wyjście! Do tego na pewno nikomu się nic nie stanie.Stanęłam pod szafkami, gdy przez opustoszały korytarz przechodziły gwiazdeczki. Libby i An podeszły do mnie z wielkimi wyszczerzami, na co tylko odwzajemniłam ich gest, tak naprawdę w myślach wymyślając najróżniejsze tortury, by zemścić się za to, iż one mają super humor, a mój jest... w ręcz koszmarny.
  - Macie wolne popołudnie? Bo chciałam iść na zakupy, kupić małą czarną... - Zaczęła Libby, poprawiając swoje włosy, a ja aż zachłysnęłam się powietrzem.
  - Masz już osiem... ile ci jeszcze potrzeba do szczęścia? - Spytała retorycznie brunetka, ciężko wzdychając. - Niestety nie mam... muszę się dowiedzieć, kto hejtuje mojego ukochanego braciszka, znaleźć sposób, by zmiażdżyć Peterowi serce, sprawdzić co u Louisa i ogłosić całemu światu, że ten imbecyl liże się z każdą nowo poznaną na imprezie laską. - Oznajmiła Andrea, robiąc balona z gumy do żucia. Wzrok Flesh powędrował na mnie, przez co musiałam zrujnować jej marzenie jednym, krótkim słowem.
  - Praca. - Mruknęłam, zamykając szafkę. Libby udała, że chwyta nóż i dźga się nim prosto w serce, a An zachichotała.
  - No hej ślicznotki... i Libby. - Mruknął Harry, podchodząc do nas z wielkim uśmiechem. On też? Co to, jakiś spisek świetnych humorów? A jakbym mu przestawiła ten ryj to też by się tak szczerzył?! Żeby mu tak przypadkiem nie zostało, bo będzie dzieci straszył na ulicy!
  - No hej kotlecie! - Oznajmiła ze sztucznym rozbawieniem. W pewnym momencie jej twarz zesztywniała, a ta zaczęła łapczywie wciągać powietrze, po czym udała, że się krztusi. - To nowy zapach? Ma służyć do zabijania, czy obrony? - Zakaszlała, machając przed nosem ręką, a ten cały poczerwieniał ze złości.
  - O! Harry! Dobrze, że jesteś! Liv musi iść na zakupy, a nie ma z kim. Idź że z nią. Ja lecę, pa! - Zawołałam wesoło, oddalając się od nich. Oczywiście An też się ulotniła, pozostawiając ich samych sobie. Po chwili już można było usłyszeć wyzwiska niosące się echem po korytarzu.
  - Panda! Koteczku! - Usłyszałam wycie tak dobrze znanego mi głosu, gdy znalazłam się przed szkołą. O mojego miętowego garbusa opierał się Martin
  - Zdecyduj się, gargulcu. Znasz adres? - Spytałam, przytulając go na powitanie.
  - Chi~chi, hamuj się... ranisz moje biedne serduszko... - Spojrzał na mnie smutnymi oczyma.
  - Znasz adres? - Powtórzyłam moje pytanie z większym naciskiem.
  - Uhuhu, ktoś tu ma zjebany humorek! Znam, wsiadaj. - Otworzył mi drzwi, a ja zdziwiona zauważyłam, że nie mam kluczy w kieszeni.
  - Jak ty to... - Zmarszczyłam brwi, mrużąc gniewnie oczyska.
  - Pamiętaj, żem złodziej nie tylko kobiecych serc. - Mrugnął do mnie znacząco, na co tylko przewróciłam oczyma, wpełzając do auta. Mógłby sobie darować te droczenie się... to z czasem naprawdę wkurza człowieka... choć, trzeba przyznać, robi się wtedy bardzo uroczy.

***

 Ramię w ramię weszliśmy do wielkiej sali. Wcześniej wpadliśmy jeszcze do domu po mojego psiaka, który w sumie też jest członkiem naszej grupy. Nie widziałam więc powodów, dla których miałby zostać wykluczony ze śledztwa. Wszędzie rozkładane fotele, a pod ścianą, na przeciwko, ogromna scena z bordową kurtyną. Martin odkaszlnął znacząco, a echo jego czynu rozniosło się po całym teatrze.
  - Ach! Witam, witam! Państwo to zapewne Panienka Greemetree, oraz Pan Black, zgadza się? Miło mi poznać nowych członków ekipy! - Po chwili podszedł do nas niski, lekko otyły mężczyzna po czterdziestce. W ręcz rozbierał mnie wzrokiem i gdyby nie to, że przyjazd tutaj był służbowy, już dawno wybiegłabym z tego miejsca.
  - Tak, miło Pana poznać. Najpewniej reżyser, kierownik... naprawdę, to zaszczyt. - Odparł blondyn, zasłaniając mnie swoim ciałem, by ten oblech nie mógł dalej się na mnie gapić. Tak! Dziękuję ci! Mój partnerze, jesteś wielki! W tym momencie Alex żałośnie zawył, wychylając się zza mnie i rozglądając się po pomieszczeniu.
  - A... to zwierze... tu jest zakaz pchlarzy! Proszę go zabrać! - Zawołał podirytowany grubas, a ja poczułam ponowną chęć mordu. Widząc to Martin delikatnie ujął moją dłoń, dając, znak, bym się uspokoiła.
  - Przepraszam... to mój pies... jedyne co zostało mi po mojej siostrze bliźniaczce. Zginęła w wypadku samochodowym, a Alex to wszystko, co posiadała. Teraz jest mój... przypomina mi o Hope w najczarniejszych godzinach. Nigdy nie chcę się z nim rozstać, gdyż to jedyne co mi po niej zostało... proszę, czy może zostać? - Spytałam smutnym głosem, kucając i przytulając psiaka. Może kiedyś aktorka była ze mnie kiepska, ale mieszkanie pod jednym dachem z mistrzynią taką jak An trochę mi pomogło! Tylko oczy... zawsze gdy muszę skłamać, od razu spuszczam wzrok, gdyś od razu widać, gdy mówię prawdę, a gdy nie.
  - Em... etto... dobrze... - Westchnął ciężko. - Jakby co, proszę się rozglądnąć. Wszyscy, którzy tutaj pracują są w przebieralniach i tym podobnych. Od jutra zaczynamy próby. Mogą się państwo zapoznać z aktorami i w ogóle... tylko proszę uważać. Do zobaczenia! - Zawołał i już go nie było.
  - Dziwak. - Burknęłam pod nosem, ciągnąc Martina w stronę przebieralni. Przy zakręcie wpadłam na divę z naszej grupy. - Katie? - Mruknęłam jakże inteligentnie.
  - Nie, Madonna. - Prychnęła, zarzucając włosami do tyłu.
  - Coś wiadomo? - Martin przewrócił oczyma, zaczesując włosy do tyłu. Co oni dzisiaj mają z tym poprawianiem fryzur?!
  - Aktorka grająca Julię była zaręczona z Romeem. Obecnie jest jeszcze bardziej nieznośna niż kiedyś, przynajmniej tak słyszałam od jej makijażystki... swoją drogą muszę iść na pedicure... - Mruknęła, przyglądając się swoim paznokciom. - Na razie przesłuchaliśmy tylko te dwie, plus gościa od rekwizytów. Miał dwudziesto czterogodzinny dostęp do fiolek ze sztuczną trucizną, aczkolwiek brakowało motywu. Został zatrudniony niedawno, ledwo ich wszystkich znał... do tego przeprowadził się tu z Nowego Yorku. - Odparła znudzonym tonem.
  - Może zazdrość? - Podsunęłam, a ta prychnęła.
  - Może się zamkniesz? Twój głos jest niezwykle irytujący. Z przesłuchania wynika, że nie chciał zostać aktorem, a rekwizytorem, bo tylko w tej roli może się spełnić. Sprawdzimy jego dane... jest możliwość, że wcześniej się spotkali, a miał być to akt zemsty. Tak czy siak to jego obstawiam. A teraz nara. - Rzuciła na odchodne, ciągnąc swojego partnera. Co za denerwująca... raz, dwa, trzy... czemu liczenie w myślach nie pomaga na gniew?!
***
 Z jęknięciem wpełzłam do domu, od razu rzucając się na kanapę. Willa... sofa... cisza... jak dobrze! Czułam się tak cudownie. W końcu mogłam w spokoju odpocząć po całym, męczącym dniu. Uwielbiam ten stan, gdy do okoła panuje grobowa...
  - Ty wredny kotlecie! - Usłyszałam krzyk, a następnie huk, jakby ktoś upadł.
  - Złaź ze mnie krowo! - Głos Harrego zaczął obijać się w mojej głowie.
  - Zły Alex! Zostaw mnie! Już nie będę wyjadał Scarlett żelków! - Pisk Zayna rozniusł się echem po całym domu.
  - Niall, zostaw ich lodówkę! Wyjadanie komuś żarcia źle świadczy o człowieku i jego kulturze! - Darcie się Liama przerwał pomlaskiwanie z sąsiedniego pomieszczenia.
  - Nikt się ciebie nie pyta o zdanie, Lilo! - Prychnął Niall z buzią pełną jedzenia.
  - Peter, ty śmierdzielu, niewyrzyty zboczeńcu, palancie, idioto, niech cię cholera, idź do piekła! - Andrea wydzierała się do telefonu, a w tle słychać było dobijanie się do drzwi, najpewniej Izy, która dzień miała spędzić w sądzie, gdzie miała odbyć się rozprawa na temat molestowania jej przez jej ojczyma.
 RAZ, DWA, TRZY... Nie ma to jak w domu. Pozabijam ich prędzej, niż ktoś doliczy do dziesięciu.






***
 No hej, hej, hej! ^^ Dawno nie pisałam... nie? ;3 To ten... naprawdę nie wiem, co mam tutaj napisać xD Ledwo napisałam ten beznadziejny rozdział - ostatnio nic mi nie wpada do głowy ;-; Więc... mam nadzieję, że wam się podoba ^^ Komentujcie, proszę was xD To nas motywuje, oraz zachęca do roboty. A co jak co, ostatnio tego nam brakuje ;*
Paaaa ,3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz