poniedziałek, 25 czerwca 2018

Rozdział 37


Oczami Andrei:

Louis od jakiegoś czasu zachowywał się hm, nie wiem jak to najprościej ująć… dziwnie? Miałam nawet wrażenie, że mnie unika. Zawsze kiedy odwiedzałam jego i Jace’a wykręcał się mówiąc, że ma jakieś bardzo ważne spotkanie, albo jest zajęty i zamykał się w swoim pokoju. Zaczęłam nawet myśleć, że jest na mnie zły. Ale o co miałby być zły? Przecież wszyscy mnie uwielbiają! Ok, przesadziłam, w zasadzie to większość ludzi się mnie boi. Ale z Lou zawsze miałam dobry kontakt, dlatego tym bardziej nie rozumiałam co mogło się stać. Postanowiłam więc zapytać o to Jace’a. Mieszka z nim, więc zna go najlepiej. Może powiedział mu coś mimochodem?

Zadzwoniłam więc dzwonkiem do drzwi i czekałam, aż mój brat postanowi podejść do drzwi i otworzyć, a znając go to może trochę zająć, więc wyjęłam z torebki telefon i sprawdziłam na szybko twittera.

Co? Tylko dwadzieścia powiadomień? A, zapomniałam. Nie napisałam nic nowego od czterech dni. Uff, a już się bałam.

- An? – byłam tak zajęta sprawdzaniem mojego konta na portalu, że nie usłyszałam jak ktoś otworzył drzwi. Dopiero kiedy padło moje imię ocknęłam się i spojrzałam na niego.

- Louis? – zapytałam zaskoczona. Przecież miało go nie być w domu! Cholera jasna. Jace to podły kłamczuch.

- Co ty tu robisz?

Jednak ja zamiast odpowiedzieć na jego pytanie spytałam:

- Nie miałeś czasem być na jodze?

- Co? Jakiej jodze? Nie chodzę na jogę. – odpowiedział zdziwiony. Zmrużyłam gniewnie oczy. Jace, zabije cię.

- No cóż, myślałam, że nie ma cię w domu. – zdążyłam powiedzieć zanim ugryzłam się w język.

- To dlatego przyszłaś? – domyślił się. Kiwnęłam głową. Czy ja jestem nienormalna? Co jest ze mną nie tak? Zebrało mi się cholera jasna na szczerość. Babcia zawsze mnie uczyła, żeby kłamać ile wlezie. A jak ktoś przyłapie nas na kłamstwie to nadal brnąć w to. I kłamać nawet w żywe. Dlaczego nie stosuje się do rad babuni? – Okej, rozumiem. – spuścił głowę, patrząc teraz na swoje buty. Naprawdę nie wiedziałam, co mam teraz zrobić. Pójść sobie? Ale nadal muszę porozmawiać z Jace’em.

W tym momencie usłyszałam jak ktoś szybko zbiega po schodach, a zaraz potem zobaczyłam obok Louisa, mojego kochanego braciszka.

- An! Już jesteś? Tak szybko? Wybacz, zasiedziałem się w pokoju. – powiedział dysząc. Jezu, on ma naprawdę słabą kondycję. Przecież tylko zbiegl po schodach. Ale w sumie, odkąd zaczął chodzić do szkoły przekupywał inne matki, żeby pisały mu zwolnienia z wf. Jedna okazała się być lekarzem, więc kiedy hojnie jej zapłacił dostał zwolnienie na cały rok. Szczęściarz.

- Nie kłam. Znowu pisałeś na tinderze z jakimś kolesiem, prawda? – spojrzałam na niego podejrzliwie.

- Nie prawda! – oburzył się.

- Serio? – zdziwiłam się.

- Dobra, to prawda. – przyznał. – Chodź za mną. – pociągnął mnie za rękę i poszliśmy na górę pozostawiając osłupiałego Louisa w progu.

*

- Więc cóż się stało kochana siostrzyczko? – zapytał Jace zamykając za mną drzwi. Spojrzałam na niego mrużąc oczy, miałam wielką ochotę mu wygarnąć, ponieważ przez niego zrobiłam przykrość Louisowi. Naprawdę nigdy tak nie zachowuje się przy ludziach i zawsze wiem co powiedzieć, a jednak przy nim jest jakoś inaczej.

- Louis mnie unika. – powiedziałam w końcu siadając na brzegu jego łóżka.

- I naprawdę dziwisz mu się? – zmierzył mnie wzrokiem. – Okej, żartuje. – uniósł obie ręce w obronnym geście, widząc moją minę.

- Wiesz może co jest tego powodem? Mówił ci coś?

Jace zastanowił się, albo udał, ze to robi.

- Właściwie to nie, nie rozmawiamy za wiele, odkąd… - urwał raptownie.

- Odkąd co? No wykrztuś to z siebie. – próbowałam go ponaglić, ponieważ naprawdę zleżało mi na każdej informacji.

- Odkąd mnie przyłapał. – wyrzucił z siebie ciężko wzdychając.

- Przyłapał na czym? – spojrzałam na niego pytająco.

- Na oglądaniu pewnych filmików. Sama domyśl się jakich jesteś już duża.

- O mój boże. Nie chce tego słuchać. – powiedziałam zatykając sobie uszy. – Dlaczego mi w ogóle o tym powiedziałeś? Nie mówi się siostrom o takich sprawach!

- Sama nalegałaś! – oburzył się.

- Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam o co chodzi. Powinieneś skłamać. Ludzie zawsze kłamią. – stwierdziłam zakładając teraz ręce na klatkę piersiową.

- Ciesz się, że nie wszedłem w szczegóły, ponieważ Louis widział w s z y s t k o.

Popatrzyłam na niego zdegustowana. Czy on ma jakieś problemy? Może w dzieciństwie miał jakiś uraz?

- Żartujesz sobie Jace?

- Okej masz rację, skończmy ten temat. – odpowiedział. – Więc martwisz się bo Louis cię unika, tak?

- Tak. – potwierdziłam. – Zawsze dobrze się dogadywaliśmy, a od jakiegoś czasu on zachowuje się… naprawdę dziwnie. I nie mam pojęcia co jest tego przyczyną. Może już mnie nie lubi? Albo, co bardziej prawdopodobne ma dosyć mieszkania z tobą i nie wie jak mi o tym powiedzieć.

Jace zmarszczył brwi, a zaraz potem wyglądał jak ktoś kto nagle wpadł na genialny pomysł.

- Masz rację. Ma dosyć mieszkania, ale nie ze mną tylko z naszą matką. I na pewno nie wie jak ma ci o tym powiedzieć! – klasnął w dłonie zadowolony, że na to wpadł. – Jestem geniuszem.

- Czyli mówisz mi, że to moja matka jest problemem?

- Tak, tak właśnie uważam.

- To najlepszy dzień mojego życia. – powiedziałam uradowana. – Pierwszy raz to ona jest problemem, a nie ja.

- Dlatego musimy się jej pozbyć. – powiedział.

- A ja już chyba wiem jak. Okej, dzięki Jace! – wstałam z jego łóżka i pobiegłam w stronę wyjścia pozostawiając go osłupiałego w swoim pokoju.

*

Siedzieliśmy z Liv i Scar z maseczkami na twarzy, popijając wino, przygryzając do niego jakieś niezdrowe przekąski i oglądając program „kawaler do wzięcia”. W skrócie: to najgłupszy program jaki oglądałam, polegający na tym, ze mężczyzna wybiera wśród kilku kandydatek tą jedyną. Oczywiście w programie nie zabrakło rywalizacji, podstawiania sobie nóg przez konkurentki i obgadywania za plecami.

- Crystal  zdecydowanie wyszło na dobre zmiana fryzury z brązu na blond. – powiedziała Liv siedząc na dywanie i upijając kolejny łyk wina.

- Niee, mnie się podobała zdecydowanie bardziej wcześniejsza. – stwierdziła Scarlett.

- Ale zobacz jak James na teraz nią patrzy! – zwróciła uwagę wskazując na mężczyznę, który rzeczywiście wyglądał jakby był pod wrażeniem.

- Myślę, że powinien zwrócić uwagę na jej osobowość, a nie na to jaką ma fryzurę. – powiedziała Scar. – Zresztą, w tym programie nikt nie patrzy na osobowość bądźmy szczerzy. – dodała biorąc do ręki chipsa.

- I tak uważam, że Sarah do niego najbardziej pasuje. – powiedziałam nalewając kolejny kieliszek.

- Czuje, że Sarah wyleci w tym odcinku. Moje przeczucia jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. – powiedziała Liv.

- O ile zakład? – zapytałam.

- O tysiąc dolarów! – odpowiedziała rozpromienionym głosem Liv.

- Serio? – odezwała się Scar.

- Oczywiście, że żartuje. Ta która przegra stawia wino na następne trzy odcinki kawalera.

- Zgoda. – uśmiechnęłam się i uścisnęłam sobie z Libby dłoń.

- O nie. – w tym momencie o czymś sobie przypomniałam. Dziewczyny spojrzały na mnie pytająco. – Muszę zadzwonić do ojca. Niech zabiera swoją żonę z domu Louisa. Już za długo się tam panoszy.

- A co znowu zrobiła? – zachichotała Scar.

- Czuje, że Louis mnie unika z jej winy. Nie chce mi powiedzieć, że ma już jej dosyć i ma się wyprowadzić. A nawet jeśli to nie z tego powodu mnie unika to i tak już najwyższy czas. – stwierdziłam.

- Louis cię unika? – Liv wyglądała na szczerze zaskoczoną.

- A coś wiesz na ten temat? – spojrzałam na nią podejrzliwie.

- Nie, nie skądże. W ogóle muszę wam o czymś dziewczyny powiedzieć… - zaczęła biorąc głęboki oddech. – Chodzi o to, że ostatnio ja i Harry… - urwała, ponieważ jej przerwałam:

- Styles? – upewniłam się.

- Nie, Potter. Oczywiście, że Styles. A więc ja i Harry… Styles – tutaj spojrzała na mnie kątem oka. – Przespaliśmy się ze sobą. – dokończyła, a my obie ze Scar jednocześnie powiedziałyśmy „Co??” Oczywiście, że Liv i Harry do siebie pasowali. Zawsze tak uważałyśmy, ale co innego snuć domysły, a co innego usłyszeć, że rzeczywiście tak jest. – Czuje, że to coś innego niż z Zaynem. Z nim nawet nie spałam.

- Wow, nie wiem co powiedzieć. – wydukałam. – Ale co z Zaynem? Tak starał się do ciebie wrócić.

- Myślałam, że Zayn mnie zdradził, choć później wyszło, że ostatecznie tego nie zrobił. No i tak jakoś sprawy się potoczyły. – westchnęła. – Czuje się w tym wszystkim zagubiona. Oczywiście lubię Harry’ego, nawet bardzo. Zależy mi na nim, ale nie wiem co mam robić. Dotąd jedyne nasze rozmowy to były kłótnie, a teraz… teraz jest inaczej. Dochodzi do tego jeszcze oczywiście sprawa z Zaynem, która wszystko komplikuje dodatkowo.

- A czy Harry’emu też na tobie zależy? – zapytała Scarlett.

- Tak, tak myślę.

- Więc uważam, że jak dwóm osobom na sobie zależy to prędzej czy później dojdą do porozumienia. A wszystko ułoży się z czasem. Nie ma co popędzać spraw. – powiedziała Scar inaczej ciocia dobra rada.

- A Zayn jakoś to przeboleje. – machnęłam ręką. - No przynajmniej będzie musiał. Masz szczęście, że nie jest tak porąbany jak Peter. Boże, ile ja musiałam się z nim użerać. – powiedziałam kręcąc głową. Dzięki Bogu, że mam go już za sobą. Tyle lat na niego zmarnowałam. Tyle okazji straciłam. Mnóstwo fajniejszych i bardziej wartościowych chłopaków chciało się ze mną umówić przez ten czas, a ja ich zbywałam bo byłam wierna Peterowi podczas gdy on zrobił mi takie świństwo. No ale co było a nie jest wiadomo.

- Nie, Zayn jest normalny. No przynajmniej mam nadzieje. – Liv roześmiała się. – Dzięki dziewczyny, ta rozmowa naprawdę mi pomogła.

- Od tego jesteśmy. – powiedziałam i razem ze Scar podeszliśmy do Libby i mocno ją przytuliłyśmy.

- Ciocie Scar i An zawsze do usług. – zachichotałam.

*

Następnego dnia z samego rana postanowiłam zadzwonić do mojego ojca i powiedzieć mu o mamie. Naprawdę nie mam pojęcia co ta kobieta sobie uważa. Żeby wprowadzać się do domu kolegi swojego syna mając tyle kasy na koncie? Spokojnie wynajęłaby sobie hotel. Co się z nią dzieje? To na pewno z powodu wolnego czasu. Ma go zdecydowanie za wiele i bije jej na mózg.

- An? – spytał zaskoczony tata odbierając telefon za drugim razem (cud, że w ogóle go odebrał).

- Zabieraj swoją żonę do domu. Już. – powiedziałam bez zbędnego owijania w bawełnę.

- A gdzie „witaj kochany ojcze, co u ciebie słychać?”

- Witaj kochany ojcze co u ciebie słychać?

- Właśnie zadzwoniła do mnie moja córka każąc mi zabrać własną żonę do domu, a co u ciebie?

Przewróciłam oczami.

- Tato, to nie jest śmieszne. Zamieszkała w domu mojego przyjaciela, a już nie mówiąc, że wysłała mnie i Jace’a na terapie! Och, a nie wspomnę o tym jak zaprosiła swoje koleżanki na joge do jego domu! To nie jest normalne. Zrób coś z tym.

- Mam masę pracy. Nie mogę przyjechać.

Westchnęłam. Praca to wymówka taty, żeby nie wikłać się w nasze rodzinne problemy. Kiedyś mu wierzyłam, teraz dorosłam i przestałam.

- Ale chyba znajdziesz parę godzin, prawda? Poza tym praca nie zając nie ucieknie. Prowadzisz własną firmę nie musisz być w pracy non stop.

- To naprawdę takie konieczne? – jest! Udało się. Tata przyjedzie.

- Tak! – krzyknęłam. – Tak między nami Jace ostatnio mi opowiadał jak śliniła się do Louisa, chłopaka z którym mieszka po tym jak widziała go w samym ręczniku. Ja naprawdę nic nie sugeruje, ale… - w tym momencie tata mi przerwał, mówiąc:

- Będę jutro z samego rana!

- Super, dzięki, pa. – rozłączyłam się uradowana. Misja zakończona sukcesem.

*

Następnego dnia obudził mnie dźwięk mojego telefonu. Przecierając oczy ze zmęczenia, sięgnęłam po niego ręką i nawet nie patrząc kto dzwoni nacisnęłam zieloną słuchawkę.

- Halo?

- An, gdzie ty do cholery jesteś? – usłyszałam w słuchawce głos Jace’a.

- W domu. A gdzie mam być?

- Przyjeżdżaj. To sytuacja awaryjna!

- Co się stało? – zmarszczyłam brwi, gdyż brzmiał naprawdę poważnie.

- Przyjechał nasz tata i właśnie kłócą się z mamą. Wygląda to naprawdę poważnie. I tata z jakiegoś powodu caly czas patrzy morderczym wzrokiem na Louisa i mówi, że jak do czegoś doszło to gorzko pożałuje. Lou chyba się go boi, ponieważ stara się go unikać.

- Dobra, zaraz będę. A właściwie która jest godzina? – zapytałam.

- 7:15. – odpowiedział.

- Że co?! – krzyknęłam. – Ani mi się śni w wolny dzień wstawać o tak chorej godzinie.

- Ooo o nie. Właśnie nasz tata wyrzuca rzeczy z szafy mamy i mówi, że wraca z nim do domu. Zaczyna się robić ostro…. Okej, właśnie wrzeszczy na mnie, żebym podał mu walizkę, a mama wrzeszczy, że mam tego nie robić. Nie wiem co robić, serio. Jestem w kropce. Muszę się zastanowić, które z nich mniej kocham.

Rzeczywiście słyszałam oprócz Jace’a jakieś wrzaski, więc chyba mówił prawdę. Naprawdę nie miałam pojęcia, że to się tak skończy. Ja tylko chciałam, żeby Louis przestał się dziwnie zachowywać i z powrotem był sobą.

*

Po krótkim prysznicu, założyłam pierwsze lepsze ciuchy, które założyłam w szafie i zeszłam na dół ciągle ziewając, gdzie zastałam Liv w salonie ćwiczącą jogę. Zmarszczyłam brwi widząc ją i zastanawiając się, czy przypadkiem nie jestem tak zmęczona, że mam zwidy.

- Ćwiczysz jogę? O 7:45? – spytałam.

- Nie mogłam spać, więc pomyślałam, że zrobię coś pożytecznego chociaż. – odpowiedziała. Wow, ja bym chyba nie miała w sobie tyle samo zaparcia, żeby wstać, jeśli nie muszę, przebrać się w sportowe ubrania i jeszcze w dodatku zacząć ćwiczyć. – Zaraz, a ty co robisz o tak wczesnej porze?

- W skrócie: zadzwonił Jace mówiąc, że przyjechał tata i podobno właśnie odbywają z mamą awanturę stulecia, a Louis chowa się po kątach.

- Okej, nie będę wchodzić w szczegóły. – odpowiedziała z rozbawieniem.

Po paru minutach znalazłam przed domem Louisa, spodziewając się wojny stulecia (serio, byłam pewna, że chociaż jedno okno jest wybite) ale gdy otworzyłam drzwi zastała mnie dziwna cisza. Zmarszczyłam brwi, a zaraz potem serce podeszło mi do gardła, o nie! Czyżby coś się stało? Może tata jest ranny i pojechali do szpitala? Albo co gorsza Louis! Nie dość, że musi mieszkać z moim powalonym bratem to w dodatku wplątałam go w moje prywatne sprawy rodzinne. Czuje, że mnie nienawidzi.

Przerażona weszłam do salonu, gdzie…

- Co tu się dzieje? – spytałam zaskoczona, ponieważ, cóż, nie takiej scenki się spodziewałam. Wszyscy siedzieli przy stole popijali herbatkę i jedli ciasteczka. – Dobrze się czujecie?

- Witaj An. – mama uśmiechnęła się jak psychopatka z horroru.

- Okej, zaczynam się bać. – powiedziałam próbując uspokoić oddech, ponieważ wszyscy wyglądali jakby zaraz mieli mnie zamordować.

- Myślałaś pewnie, że wszyscy się pozabijamy, co? – mama kontynuowała swój uśmiech psychopatki.

- Niee, skądże. – odparłam, ale kłamstwo aż nadto było czuć w moim głosie. – Okej, właśnie tak myślałam. Ale dziwicie mi się? Przez telefon brzmiało to naprawdę groźnie.

- W rzeczywistości było całkiem spokojnie. – odezwał się Jace.

- Co? – nic z tego nie rozumiałam.

- Naprawdę myślałaś, że bijemy się z twoją matką? – teraz przemówił ojciec.

- A nie? – spytałam zupełnie zbita z tropu.

- Naprawdę myślałem, ze twoja matka ma romans z tym, jak mu tam – udawał, że zapomniał jego imienia, ha, sprytnie – Louisem, ale gdy tylko go zobaczyłem prawie wybuchnąłem śmiechem. Przecież to gej jak nic! – roześmiał się.

- Ile razy mam panu powtarzać, że nie jestem gejem? – powiedział zirytowany już najwyraźniej tą sytuacją Louis.

- Nie ma się czego wstydzić synu. Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Spokojnie.

Louis coś odburknął tylko i stwierdził, że idzie się napić czegoś o wiele mocniejszego niż herbata.

- Więc mam rozumieć, że chcieliście mnie nabrać? – zapytałam, wiedząc jednocześnie jaka będzie odpowiedź.

- Nie tyle co nabrać, ale dać nauczkę. Mogłaś od razu powiedzieć, że mam wam dać spokój. Zrozumiałabym. – powiedziała mama.

- Serio mamo, serio? – mruknęłam, ponieważ mówiłam jej to miliony razy, a ona nadal upierała się przy swoim.

- Na szczęście twój ojciec bojąc się, że mam romans wziął urlop w pracy i lecimy na Karaiby! – ucieszyła się. – Gdybym wiedziała, że to go skłoni do spędzenia ze mną trochę czasu już dawno wzięłabym się za tego przystojnego Włocha.

- Co? Jakiego Włocha?

- Naszego  nowego ogrodnika, nie mówiłam ci? – zdziwiła się.

- Pierwsze słyszę. Kiedy go zatrudniłaś?

- Miesiąc temu.

- Cóż, mam nadzieje, że on i Louis należą do tej samej branży. – powiedział i w tym samym momencie nadszedł Lou z winem w ręku, a słysząc słowa mojego ojca odwrócił się na pięcie.

- Czyli wyjeżdżasz? – upewniłam się.

- Tak, wyjeżdżamy. – potwierdziła mama, a ja ledwo powstrzymałam się, by nie zacząć skakać z radości.

*

Po naprawdę długim pożegnaniu, rodzice w końcu odjechali, w domu Louisa znowu zapanowała cisza, oczywiście pomijając dziwne pomysły Jace’a, ale on od razu po odejściu rodziców wybiegł z domu krzycząc „nareszcie wolny!” okazało się bowiem, że matka nie pozwalała mu wieczorami wychodzić na imprezy i musiał o dwudziestej już być w domu. Picie alkoholu też odpadało. Biedny Jace. W sumie mi go szkoda, ale oczywiście, nigdy mu tego nie powiem.

Zostałam więc sama z Louisem, który stwierdził, że kończą się zapasy w lodówce i musi pojechać do supermarketu. Dlaczego tak usilnie stara się mnie unikać? Może ma jakiś sekret, którego nie może mi zdradzić, a nie chce mnie okłamywać? Cóż, o tym nie pomyślałam.

- Louis, możemy porozmawiać? – spytałam, gdy był już przy drzwiach.

- Spoko, to może jutro?  - zaproponował. Przewróciłam oczami.

- Nie możemy teraz?

- Zakupy same się nie zrobią…

- Okej, więc pojadę z tobą.

Takiej odpowiedzi się chyba nie spodziewał, ponieważ wyglądał na zaskoczonego i jednocześnie zrezygnowanego. Kiwnął tylko głową i otworzył szerzej drzwi mówiąc „zgoda”. Zadowolona, że w końcu będziemy mieli okazję porozmawiać wyszłam z jego domu i skierowałam się w kierunku samochodu, jednocześnie zerkając na Louisa czy czasem nie rozmyślił się i nie postanowił jednak zostać w domu.

*

Podczas jazdy próbowałam jakoś go zagadać, ale on nieustannie podgłaśniał muzykę, gdy tylko otwierałam usta, mówiąc „Co? Co? Nie słyszę cię!”. Naprawdę nie chciałam zacząć krzyczeć, ale byłam o krok od napadu szału. Jeżeli nie chciał spędzać ze mną czasu mógł mi o tym po prostu powiedzieć. Przecież nie zabiłabym go (okej, może pomyślałabym o tym, ale tylko pomyślała). 

Gdy dojechaliśmy na miejsce, miałam wrażenie, że Louis najszybciej jak się da wyszedł z samochodu, byle bym tylko nie zdążyła nic powiedzieć. W normalnej sytuacji pewnie zamówiłabym sobie taksówkę i wróciła do domu, ale to w końcu Louis. Muszę się dowiedzieć o co chodzi. Wysiadłam więc z auta i poszłam za nim do wielkiego budynku, uprzednio biorąc wózek.

- Więc co masz zamiar kupić? – próbowałam jakoś zagaić rozmowę.

- Jak to co? Jedzenie. – odpowiedział jakby to było coś oczywistego. Faceci!

- Okej. – mruknęłam pchając wózek, pomiędzy regałami z asortymentem. – Możemy teraz porozmawiać?

- Zaczekaj. Przypomniało mi się co muszę kupić! – powiedział i zniknął gdzieś w sklepie. Nie no, ja zaraz tu zwariuje! Wściekła, zamiast zostawić wózek na środku sklepu i wyjść z niego, ja pojechałam nim szukać Louisa. Zastałam go na stoisku z puszkami z piciem. Stanęłam więc naprzeciwko niego, przygwożdżając do wózkiem do regału i uniemożliwiając mu ucieczkę.

- Teraz się już nie wywiniesz. Gadaj! Co się do cholery dzieje? – powiedziałam będąc naprawdę zdenerwowana.

- Ale z czym? – jęknął.

- No z tobą! – krzyknęłam. – Przysięgam, że już dłużej tak nie wytrzymam. Pozbyłam się mojej matki dla ciebie, a ty traktujesz mnie jak powietrze.

- Serio? Dla mnie? – zdziwił się. – Ale dlaczego?

- Bo myślałam, że to o nią chodzi! Ale najwyraźniej ty masz jakiś inny problem o którym nie możesz albo nie chcesz mi powiedzieć. Dlaczego mnie unikasz?

- Bo… - podrapał się po karku. – Cóż… to skomplikowane. Możemy porozmawiać o tym w domu?

- Nie! – krzyknęłam. – Masz powiedzieć mi teraz! O co chodzi?!

- Proszę się uspokoić. – powiedziała jakaś kobieta podchodząc do nas. – Proszę pana, czy ta osoba pana nagabuje?  - zwróciła się w kierunku Louisa.

- No komfortowo się nie czuje w jej obecności. – przyznał.

- Albo się pani uspokoi albo proszę natychmiast opuścić ten sklep. – powiedziała poważnym tonem. Nie no, to są chyba jakieś żarty! A Louis zamiast mnie bronić to jeszcze dodatkowo mnie wkopał. On chyba po prostu mnie nie lubi i nie chce spędzać ze mną czasu tylko nie wie jak mi o tym powiedzieć. Powinnam dać sobie spokój i tyle. Niepotrzebnie ciągle uganiam się za chłopakami. Niektórzy chyba nie są tego warci i już. W pierwszym odruchu miałam powiedzieć jej coś niemiłego, albo po zastanowieniu stwierdziłam, że wyjdę ze sklepu i zamówię taksówkę. To chyba jedyna słuszna opcja.

- W takim razie opuszczę sklep. – powiedziałam i puszczając wózek skierowałam się w stronę wyjścia, nawet nie odwracając się za siebie.

*

Następnego dnia w szkole, byłam bardzo przybita. Nawet nie chciało mi się wstać z łóżka. Budzik dzwonił i dzwonił, a ja zamiast go wyłączyć przykryłam głowę poduszką, a gdy nadal go słyszałam rzuciłam nią w telefon. Zwykle wstawałam dwie godziny wcześniej, by mieć czas wziąć prysznic, nałożyć maseczkę, zrobić makijaż, fryzurę, ubrać się ładnie, zjeść śniadanie i jeszcze coś obejrzeć w telewizji. Dzisiaj jednak wstałam na ostatnią chwilę, nawet nie mając czasu się umyć, założyłam dres, włosy związałam w kucyka i bez makijażu zeszłam na dół. Gdy tylko Liv i Scar mnie zobaczyły zaczęły prawie na mnie krzyczeć, że na pewno tak nie pójdę do szkoły i one zaraz się mną zajmą. Tak więc Libby wybierała mi strój, a Scarlett zajęła się makijażem. Cieszę się, że mam tak wspaniałe przyjaciółki przy sobie, które nawet w trudnym czasie nie zostawiają mnie samej. Nie wiem dlaczego aż tak przejęłam się Louisem. Przecież to tylko mój znajomy z którym w dodatku nigdy nie byłam zbyt blisko. To taki znajomy – śmieszek. Więc dlaczego jestem taka smutna?

W szkole, byłam totalnie rozbita, ale dzięki dziewczynom chociaż ładnie wyglądałam. Na stołówce bawiłam się jedzeniem caly czas wpatrując się w Louisa, który żartował sobie przy stole z Harrym i Niallem. Dlaczego jest taki wesoły? Ach no tak. Pozbył się kuli u nogi (czyt. Mnie), więc humor dopisuje.

- Haaloo. – Liv pomachala mi przed oczami.

- Co? – dopiero teraz wyrwałam się z zamyślenia. Moja przyjaciółka odwróciła się, by dowiedzieć się na co patrzę i zmarszczyła brwi.

- Mam nadzieje, że wpatrywałaś się w Louisa, a nie Petera. – powiedziała, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że przy stoliku obok siedział mój były ze swoją nową dziewczyną.

- Już jestem! – Scar dosiadła się do nas z tacą. – Co mnie ominęło?

- Próbuje ustalić czy An wpatrywała się w Louisa czy Petera. – odparła Liv.

- Petera dziwkarza? Fuuu. – zrobiła zdegustowana minę. – Brrr. Aż mi się niedobrze zrobiło.

- Na szczęście nie patrzyłam na Petera. – poinformowałam je.

- Okej, więc zostaje Louis. – odetchnęła z ulgą Scar.

- A może patrzyłam… na… Jacksona? – wskazałam ruchem głowy na chłopaka, który siedział w tym samym miejscu. One jednak nie wzięły nawet tej możliwości pod uwagę, ponieważ od razu zaczęły mnie wypytywać o Louisa.

- Co się między wami tak właściwie dzieje? – spytała Liv.

- Wczoraj oskarżył mnie o napastowanie w supermarkecie, a tak to wszystko u nas w porządku. – wzruszyłam ramionami, na co Scar się zakrztusiła jedzeniem.

- O co cię oskarżył? – zapytała w przerwie na kaszel.

- Okej, może przesadzam, ale caly czas mnie unika! Nawet po tym jak w końcu moja matka się od niego wyprowadziła. Nie wiem o co chodzi. Wróć. Wiem dokładnie o co chodzi. Louis mnie po prostu nie lubi. Może uważa mnie za zbyt arogancką? Albo zapatrzoną w siebie? Nie wiem. Wiem tylko, że nie chce się ze mną już przyjaźnić.

- Louis cię lubi. – powiedziała Liv. – I na pewno też nie jest mu łatwo.

- No właśnie widzę. – mruknęłam, patrząc jak właśnie obrzuca się frytkami z Niallem głośno się śmiejąc.

- Może to jego sposób na rozładowanie stresu? – próbowała zgadywać Scar.

- Przy mnie nigdy nie był tak szczęśliwy jak beze mnie. – powiedziałam. – Chyba pójdę do domu. Mamy wprawdzie jeszcze jedne zajęcia, ale nie dam rady przebywać z nim w jednym pomieszczeniu. – mówiąc to wstałam z siedzenia, biorąc do ręki moją torebkę.

- Ale on cię lubi! – powiedziała Liv wstając gwałtownie z siedzenia.

- Dlaczego mówisz to z takim przekonaniem? – zmarszczyłam brwi.

- Bo… no bo to Louis! No on lubi wszystkich. Niemożliwe, żeby miał cię dosyć, tym bardziej, że znosi twojego okropnego brata. Więc jeśli z nim jakoś wytrzymuje to musi być naprawdę oazą spokoju, dlatego nie sądzę, byś go irytowała czymkolwiek.

Patrzyłam na nią jeszcze przez chwilę, nieprzekonana, aż w końcu westchnęłam zrezygnowana. Może ma rację? Kompletnie zapomniałam, że codziennie ma na głowie mojego brata z którym całkiem dobrze się dogaduje pomimo okropnego charakteru Jace’a.

- Więc dlaczego mnie unika? – spytałam, choć wiedziałam, że na to pytanie może mi odpowiedzieć tylko Louis. – Nie ważne i tak idę do domu. – stwierdziłam wzruszając ramionami i wyszłam z pomieszczenia.

*

Przed wyjściem ze szkoły, zajrzałam jeszcze do mojej szafki, chcąc zabrać z niej moje rzeczy, ponieważ kto wie ile czasu nie będzie mnie w szkole. Na chwilę obecną nie chciałam pojawiać się w niej już nigdy więcej. I gdy tylko ją otworzyłam wypadła z niej różowa koperta. Schyliłam się po nią, jednocześnie zastanawiając się czy to głupi dowcip czy może groźba. Hm, czy komuś ostatnio podpadłam? Chyba nie. A przynajmniej mam taką nadzieje. Z drugiej strony kto wysyła groźby w różowych kopertach? Może to jednak dowcip. Więc spodziewając się jakiegoś głupiego wierszyka, albo jeszcze czegoś gorszego wyjęłam ze środka kartkę, którą ktoś… poperfumował? W dodatku moimi ulubionymi perfumami. Byłam tym coraz bardziej zaintrygowana.

Droga An

Przepraszam, że ostatnio zachowywałem się w ten sposób, ale miałem swoje powody. Jeżeli jeszcze masz ochotę się ze mną zobaczyć po tym wszystkim to przyjdź dzisiaj do restauracji koło Grand parku o dwudziestej.

Będę na ciebie czekał, Louis

Okej po pierwsze: o co w tym wszystkim chodzi? Po drugie: czy nie mógł mi tego normalni powiedzieć tylko wysyła jakieś głupie liściki? On naprawdę uważa, że wystarczy takie coś by wynagrodzić mi te kilka dni? Po trzecie: on naprawdę myśli, że akurat dzisiaj znajdę specjalnie dla niego czas? Po czwarte: okej, nie mam nic po czwarte, ale jestem niesamowicie wściekła.

Mam nadzieje, że ten głupek ma naprawdę dobry powód dla którego unikał mnie przez te parę dni, bo będę naprawdę bardzo wkurzona. A nie chciałby spotkać wkurzonej Andrei Sanchez.

*

Nie wcale nie przebierałam się aż osiem razy. I nie wcale nie robiłam dwie godziny makijażu i fryzury. I nie, nie spóźnię się specjalnie do restauracji, by teraz to on na mnie czekał.

Okej, wszyscy wiemy, że kłamie. Oczywiście, że chciałam wyglądać zjawiskowo, tak, by ten idiota wiedział co stracił.

W sensie jaką ładną przyjaciółkę stracił.

Więc o dwudziestej trzydzieści dopiero wyszłam z domu uprzednio chowając się przed Scar i Liv, ponieważ nie chciałam, by wiedziały, że tak się stroiłam dla Louisa. Zresztą, on nie jest nikim ważnym, by się dla niego stroić. Zrobiłam to pierwszy i ostatni raz. Zanim dotarłam samochodem na miejsce była prawie dziewiąta. Ha, na pewno poszedł już do domu, stwierdzając, że go wystawiłam. I bardzo dobrze! Udowodnię sobie, że nie jest mnie wart. Zanim wysiadłam z samochodu poprawiłam makijaż (dla siebie, nie dla niego), przesłuchałam parę piosenek Eda Sheerana śpiewając przy tym na głos i dopiero wtedy opuściłam auto kierując się do restauracji. Dziewiąta dwadzieścia trzy. Jestem super spóźniona. Cała uradowana, że wystawiłam „biednego” Louisa, który teraz na pewno już jest w domu, weszłam do pomieszczenia, dokładnie się po nim rozglądając. Tak jak sądziłam. Brak Louisa. Wiedziałam! Ha! Gówniarz nie jest mnie wart.

Jednak po dwudziestosekundowym szczęściu ogarnął mnie…smutek? Dlaczego nagle poczułam się tak dziwnie?

Cóz, chyba naprawdę miałam o nim zbyt wysokie mniemanie. Uważałam go za naprawdę fajnego chłopaka, a tymczasem okazał się taki jak wszyscy. Ciężko westchnęłam. Wróce do domu i zamówię jakieś jedzenie na wynos, oglądając po raz setny „pamiętnik”. Mam nadzieje, że to mi poprawi humor. Odwróciłam się na pięcie i chciałam wyjść, jednakże w tym momencie usłyszałam jak coś zaczęło grać za moimi plecami. Odwróciłam się z powrotem i zobaczyłam jak paru mężczyzn gra na skrzypcach, a od strony zaplecza wychodzi… okej, byłam w totalnym szoku. Serio. Myślałam, że nic na tym świecie nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Myliłam się. otóż, zobaczyłam Louisa. Ubranego w garnitur i trzymającego w ręku czerwone róże. Wyglądał na bardzo zestresowanego. A ja byłam zupełnie zbita z tropu. Nie wiedziałam jak mam na to zareagować. Chciałam iść do domu, najeść się i popłakać przy filmie, a tymczasem dzieje się to, a ja jestem w szoku.

- Przepraszam. – to pierwsze słowa, które wyszły z jego ust. Zaczął się powoli do mnie zbliżać, a ja rozglądałam się po pomieszczeniu, jakbym szukała ukrytej kamery. Balam się, że to jeden z jego żartów. – Ostatnimi czasy zachowywałem się jak totalny kretyn, ale to dlatego, iż tak bardzo, bardzo czułem się niekomfortowo w twoim towarzystwie. – okej Tomlinson, idzie ci świetnie, oby tak dalej. – Pociłem się, serce biło mi jak szalone, i cały czas zastanawiałem się czy dobrze wyglądam. Dopiero nie dawno zdałem sobie sprawę, że stoi za tym coś więcej. W momencie, gdy poczułem, że muszę i chce być cały czas obok ciebie, bo gdy nie jestem, to jesteś jedynym o czym myślę. Wiem, że prawdopodobnie nie mam u ciebie szans, ale… wiem też, że muszę spróbować, bo nigdy bym sobie tego nie wybaczył, dlatego Andreo Sanchez, czy uczynisz mi ten zaszczyt i… - w tym momencie sięgnął po coś do kieszeni, a ja wiedziałam, że muszę zareagować.

- Nie! – krzyknęłam, a wtedy wszystkie wyczekujące spojrzenia ludzi, które dotąd utkwione były w Louisie skierowały się na mnie. – Nie wyjdę za ciebie, przykro mi.

- Co? – Louis zmarszczył brwi.

- Nie mogę za ciebie wyjść. Przepraszam. A tak po za tym: czy ty zwariowałeś? Nie jesteśmy nawet parą, ba, nawet się nie całowaliśmy! A ty mi się oświadczasz? Serio Louis? To był pomysł Jace’a, co? Tak, to na pewno był pomysł Jace’a. On kocha rujnować mi życie. – mruknęłam.

- Nie wiem co sobie pomyślałaś An, ale nie zamierzałem ci się oświadczać. – odpowiedział, a ja pomyślałam, że zaraz zapadnę się pod ziemię. – Chciałem dać ci to. – wyjął rękę z kieszeni, trzymając dość duże pudełeczko w którym, patrząc po kształcie, na pewno nie znajdował się pierścionek. Wzięłam od Louisa upominek i otworzyłam go, a w środku znajdował się srebrny wisiorek w kształcie serduszka. Jeszcze nigdy nie było mi tak głupio. – Gdybyś dała mi skończyć wiedziałabyś, że chciałem zapytać „czy uczyniłabyś mi ten zaszczyt i dała się zaprosić na randkę tutaj, dzisiaj, teraz”. Ach i te kwiaty również są dla ciebie. – mówiąc to wręczył mi je. – Jak widzisz to nie Jace postanowił ci zrujnować życie, tylko ja, sam. Miałem jeszcze dodać coś o moich uczuciach do ciebie, ale chyba zachowam to dla siebie. Twoja odpowiedź była jasna. – mruknął chcąc mnie wyminąć i wyjść z restauracji, ale ja złapałam go za ramię, mówiąc:

- Louis czy ty chciałeś mi wyznać miłość?

Chłopak otworzył szeroko oczy, zdając się być przerażonym.

- Co? Nie, tylko lekko się zauroczyłem. Skąd te podejrzenia w ogóle? – zaśmiał się nieprzekonująco, drapiąc w tył głowy, a ja uśmiechnęłam się, uznając za uroczy fakt, że ten idiota nie potrafi nawet dobrze kłamać.

- Oczywiście, że dam ci się zaprosić na randkę. Tutaj, dzisiaj, teraz. - chłopak rozpromienił się. - To dlatego mnie unikałeś?

- Szczerze? Tak. Nie jestem dobry w ukrywaniu uczuc i bałem się, że domyśliłabys się czegoś. – przyznał. – Okej, więc zapraszam do stolika. – wskazał na niego ruchem głowy.

- Louis, zaczekaj. – złapałam go za rękę.

- Tak? – spojrzał na moją dłoń spoczywającą na jego nadgarstku zaskoczony, a wtedy przyciągnęłam go do siebie i mocno pocałowałam. Chłopak w pierwszym momencie wydawał się być zaskoczonym, ale odwzajemnił pocałunek. I wow, jeszcze nigdy nie przeżyłam w całym swoim życiu tak dobrego pocałunku. Byłam naprawdę pod wrażeniem. Gdybym wiedziała wcześniej, że tak dobrze całuje to doszłoby do tego dużo szybciej. Tymczasem straciliśmy tyle czasu! Dlatego musimy go nadrobić. – Okej, to było ostatnie czego się spodziewałem. – przyznał, gdy oderwaliśmy się od siebie.

- Naprawdę dziękuje. – powiedziałam mając na myśli to, co dla mnie zorganizował. – Za kwiaty, naszyjnik i kolacje. Nie sądziłam, że ktoś kiedykolwiek będzie się dla mnie tak starał.

- Bez przesady. – spuścił głowę najwyraźniej speszony.

- Nie, naprawdę to, co zrobiłeś jest niesamowite. – powiedziałam uśmiechając się. – Szczerze mówiąc, byłam pewna, że nie chcesz się już ze mną przyjaźnić tylko nie wiesz jak mi o tym powiedzieć, a tymczasem ty… wow.

- Naprawdę myślałaś, że nie chce się z tobą przyjaźnić? Zwariowałaś? – roześmiał się. – Uwielbiam spędzać z tobą czas. I uwielbiam ciebie i nawet twojego powalonego brata.

- To najmilsze słowa jakie kiedykolwiek usłyszałam. Okej, chodźmy coś zjeść, bo zaraz zacznę się rumienić. – powiedziałam kierując się w stronę naszego stolika.

- Za późno. – odparł Louis z uśmiechem na co dźgnęłam go lekko łokciem w żebra.

*

Mam nadzieje, że się podoba:) rozdział wyszedł mi nad wyraz długi, ale jak już zaczęłam pisać to nie mogłam przestać haha z góry dziękuje za wszelkie komentarze i do zobaczenia:)