sobota, 4 marca 2017

Rozdział 33



Oczami An:
Nie mogłam uwierzyć w to, jak Peter bezczelnie postanowił mnie okłamać! Przez trzy tygodnie robiłam wszystko za niego, byłam na każde jego wezwanie i ostatecznie okazało się, że mógł bez problemu chodzić. Nic nie jest w stanie wyrazić złości jaką poczułam w momencie, gdy się o tym dowiedziałam. Dzięki Bogu, ze Libby go widziała, ponieważ jestem pewna, że byłabym jego służącą jeszcze dwa tygodnie albo i dłużej. Boże, ale ja jestem głupia. Jak można nie zauważyć, że ktoś udaje?
- I co z tym zrobisz? – zapytała mnie Liv.
- Zabije go. – wymamrotałam. – Przysięgam, że go zabije! – powiedziałam bardziej bojowo i naprawdę chciałam wyjść z domu i udać się do niego i chociaż go pobić, ale moja przyjaciółka mnie zatrzymała. Stanęła przed drzwiami, sprawiając tym samym, że nie mogłam wyjść.
- Czekaj. Musimy ułożyć jakiś plan… – zaczęła tajemniczo.
- Jaki plan? – założyłam ręce na klatkę piersiową i zmarszczyłam brwi. – W sensie zemstę?
- Otóż to. – odpowiedziała uśmiechając się. – Scarlett! – krzyknęła na całe gardło, a dziewczyna w ciągu kilku sekund zbiegła na dół.
- Tak?
- Chcesz zemścić się na tym dupku Peterze?
- Jasne! – odparła ciesząc się jak małe dziecko.
- Super, więc mam pewien pomysł. – powiedziała Libby zacierając ręce z podekscytowania. – Co wy na to, aby dosypać mu środek nasenny do herbaty, a potem… przefarbować mu włosy na zielono i markerem niezmywalnym narysować mu wąsy?! – ucieszyła się. Muszę przyznać, że moja przyjaciółka ma naprawdę szalone pomysły i ten naprawdę mi się spodobał. No, no Peterze ! Szykuj się na małą zemstę.
- A skąd wezmę środek nasenny? – zapytałam.
- Skołuje ci coś z pracy, nie martw się. – odpowiedziała Scar dotykając mojego ramienia. Przysięgam, mam najlepsze przyjaciółki na świecie! Kocham je.
*
Ledwo weszłam do szkoły, a już podbiegł do mnie Louis i pocałował w policzek. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się o co mu chodzi, aż doszłam do wniosku, że przecież udajemy parę, ale to nie było już ważne, skoro Peter postanowił mnie w tak bezczelny sposób okłamać. Mam jego zdanie głęboko w poważaniu. Może sobie uważać, że nie znajdę nikogo lepszego od niego.
- Hej, hej przystopuj z tymi pocałunkami. – powiedziałam, a Louis zrobił zaskoczoną minę.
- Parę metrów dalej stoi jeden z przyjaciół Petera. – odparł.
- Skąd wiesz, że to jego przyjaciel? – zapytałam, ponieważ Louis i mój były chłopak nie zamienili ze sobą więcej niż dwóch zdań o ile w ogóle tyle zamienili.
- Nie wiem. – wzruszył ramionami. – Ale był popularny, więc zakładam, że przyjaźnił się ze wszystkimi.
Przewróciłam oczami.
- Nie musimy już udawać. To koniec. – powiedziałam prosto z mostu, ponieważ nie lubiłam przeciągać spraw. Wolałam, żeby była jasność.
- Zrywasz ze mną? – spytał piskliwym głosikiem.
- Nie, nie zrywam z tobą, bo nigdy nie byliśmy razem. Po prostu informuje cię, że nie musimy udawać pary. Zdanie Petera już mnie nie obchodzi. – odpowiedziałam i chciałam odejść, ale Louis złapał mnie za ramię, nie pozwalając mi odejść.
- Od kiedy?
- Odkąd dowiedziałam się, że jest podłym oszustem.
- To chyba wie każdy. Chodził do burdelu.
Miał rację. Mogłam się wcześniej domyśleć, że to nałogowy kłamca. Jestem czasem taka głupia.
- W każdym razie przykro mi, ale nasza umowa dobiegła końca. Na razie! – pomachałam mu i zanim zdążył mnie zatrzymać szybko od niego uciekłam.
*
Po szkole poszłam do domu Petera, aby wcielić nasz niecny plan w życie. Gdy weszłam do środka, tak jak podejrzewałam, chłopak leżał rozwalony na kanapie, a gdy mnie zobaczył, zaczął krzyczeć: „co tak długo?!” Resztkami sił powstrzymywałam się, aby nie wybuchnąć, ale postanowiłam zachować spokój. Wszystko w swoim czasie. Zaraz przyjdzie na tego palanta czas. Nie pozwolę, aby tak bezczelnie bawił się moim kosztem.
-Nalej mi soku! – wrzasnął wskazując palcem wskazującym na kuchnię.
- Już się robi. – odpowiedziałam ze słodkim uśmieszkiem i czym prędzej poszłam we wskazanym przez niego kierunku. Teraz musiałam tylko dosypać środek nasenny do napoju, ale kiedy tylko słyszałam jego jęki z salonu miałam ochotę coś mu zrobić. Zachowałam jednak spokój i biorąc głęboki oddech skierowałam się do salonu, uprzednio dosypując do soku środek.  – Proszę. – powiedziałam stawiając przed nim szklankę. Peter spojrzał na mnie marszcząc brwi. – Coś nie tak? – zapytałam przełykając głośno ślinę. Bałam się, że domyśli się, iż coś jest nie tak.
- Jesteś jakaś… - zaczął zastanawiając się.
- Jaka?
- Miła. – dokończył cały czas mi się przyglądając.
- Zaczęłam chodzić na jogę. – odpowiedziałam szybko.
- Już dawno powinnaś zacząć to robić. – stwierdził biorąc do ręki szklankę z sokiem. Zacisnęłam dłoń w pięść. Spokojnie Ana. On nie jest tego wart. Gdybyś to zrobiła musiałabyś mu pewnie usługiwać do końca życia. – Że też tyle czasu cię znosiłem. Powinienem dostać jakiś medal za to.
- No już pij wreszcie. – wypsnęło mi się, a wtedy Peter, który prawie upił łyka, zatrzymał się i ponownie na mnie spojrzał, jakby chciał siłą wzroku wydusić ze mnie prawdę. – To znaczy… jak chcesz. Nie musisz wcale pić. – dodałam.
- Zrób to pierwsza. – powiedział z szerokim uśmiechem.
- Co? – naprawdę nie mogłam uwierzyć w to jak:
a) wszystko zepsułam
b) jaki jest sprytny
- Napij się. – ponaglił mnie. – No chyba, że coś jest nie tak z tym sokiem? – spytał unosząc jedną brew.
- Nie, nie. Skądże. – potrząsnęłam szybko głową i wzięłam od niego napój. Przez parę sekund patrzyłam się na trzymany w ręku sok, zastanawiając się czy napić się czy też wylać temu przeklętemu człowiekowi go na głowę, ale wtedy plan diabli  by wzięli, więc postanowiłam na pierwszą opcję i przystawiając szklankę do ust upiłam mały łyk, starając się nie myśleć o tym, co jest w środku. – Widzisz? Wszystko z  nim w porządku. – rzekłam starając się uśmiechnąć, choć w środku krzyczałam ze złości.
- Upij większy. Nie jestem przekonany. – powiedział zakładając ręce na klatkę piersiową. Myślałam, że w tym momencie nie wytrzymam i go zabije, a jednak dałam radę trzymać nerwy na wodzy i ponownie przybierając coś na kształt uśmiechu wykonałam jego prośbę. Czuje, że nie tylko Petera czeka dzisiaj długa drzemka.
- Ta da. Proszę. – odparłam oddając mu sok, który postanowił w końcu wziąć, a potem z satysfakcją obserwowałam jak jednym haustem opróżnił całą szklankę.
- Zanieś. – rozkazał mi.
- Robi się mój panie. – powiedziałam z ironią, której pewnie nie załapał znając jego inteligencję.
Gdy znalazłam się w kuchni wyjęłam szybko z torebki telefon i wybrałam numer do Libby.
- Nie dam rady wam pomóc. – powiedziałam ziewając.
- Jak to? – zdziwiła się. – Spałaś?
- Nie, ale zaraz będę. Peter jest sprytniejszy niż początkowo zakładałyśmy. Kazał mi się napić soku do którego wsypałam środek nasenny. Nie mogłam odmówić, bo cały plan by się nie udał. A teraz kręci mi się w głowie i nie mogę przestać ziewać. –starałam się mówić szybko, tak abym przypadkiem nie zasnęła podczas rozmowy.
- Patrz, a ja zawsze miałam go za największego kretyna na świecie. – powiedziała Libby.
- Ta, mhm. To ja chyba się…położę. – odparłam robiąc przerwę na ziewnięcie. – To na razie.
- An czekaj! – usłyszałam jeszcze krzyk Liv zanim się rozłączyłam i siadając na krzesełku schowałam twarz w dłoniach po czym zasnęłam.
*
Obudził mnie czyjś wrzask, który rozchodził się po całym domu. Zmarszczyłam brwi zastanawiając się, co się dzieje? Rozejrzałam się dookoła zastanawiając się, gdzie jestem i zdałam sobie sprawę, że znajdywałam się w kuchni, ale nie swojej tylko Petera. No tak! Kompletnie zapomniałam, że tu zasnęłam. Liv i Scar na pewno nie chciały mnie budzić.
- Coś ty mi zrobiła wiedźmo?! – Peter niczym strzała wleciał do kuchni i wskazał na swoje zielone włosy. Zakryłam usta dłonią, aby się nie roześmiać.
- Ja? Nic. – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Więc kto?
- Może skrzaty? – dałam pomysł.
- To nie jest śmieszne! Zapłacisz mi za to, rozumiesz?! – Peter nie mógł opanować złości, a ja w tym momencie zauważyłam, że mój ex zapomniał, że nie umie chodzić i jak gdyby nigdy nic, stał na środku pomieszczenia bez kuli.
- O, widzę, że z nogą już lepiej. Mój sok działa cuda, prawda? – uśmiechnęłam się szeroko.
- Wiedziałaś o tym. – wskazał na mnie oskarżycielsko palcem. – A moje włosy to miała być zemsta, co?
- Nie mam pojęcia o czym mówisz. – wzruszyłam ramionami i wstałam z siedzenia, aby udać się do domu, ale nim wyszłam jeszcze dorzuciłam: - Tak bardzo skupiłeś się na swoich włosach, że nie zauważyłeś wąsów. Swoją drogą namalowane wyglądają o wiele lepiej niż prawdziwe. – puściłam mu oczko i zadowolona z siebie opuściłam jego mieszkanie, trzaskając głośno drzwiami.
*
W domu zamówiłam wielką pizze dla Scar i Liv i kupiłam im po małym upominku, aby pokazać im jak bardzo jestem wdzięczna za pomoc w zemście na tym dupku.
- Mów jak zareagował? – zapytała Libby siedząc na kanapie i wcinając pizze.
- Tak bardzo się tym przejął, że nawet zapomniał o swoim kłamstwie i wbiegł do kuchni bez żadnej pomocy krzycząc, że jestem wiedźmą. – odpowiedziałam z rozbawieniem, a moje przyjaciółki wybuchnęły śmiechem.
- Szkoda, że tego nie widziałyśmy. – skomentowała Scarlett. – Jego mina musiała być bezcenna.
- I była! Mogłam go w sumie nagrać. Ale myślę, że jeszcze nadarzy się okazja. Peter tak łatwo nie odpuści. – westchnęłam.
- Niech lepiej drugi raz z nami nie zadziera! – powiedziała bojowo Liv.
- Swoją drogą skąd biorą się tacy faceci?  - spytała z niedowierzaniem Scar.
- Z planety palantów? – roześmiałam się. W tym momencie zadzwonił mój telefon. – O nie, chyba o wilku mowa. – jęknęłam, będąc przekonana, że dzwoni Peter, jednak kiedy wyjęłam z przedniej kieszeni spodni telefon moim oczom ukazała się nazwa kontaktu o treści „nie odbieraj”. To mogła być tylko jedna osoba. – Tak mamo? – zapytała przykładając komórkę do ucha.
- Witaj skarbie! Jak tam u ciebie?
- Jest super, naprawdę. Nie przyjeżdżaj. – podkreśliłam szybko, ponieważ tak: moja mama uwielbia się wpraszać, a kiedy już to zrobi to ciężko ją wygonić i potrafi zostać nawet kilka dni.
- Skąd pomysł, że mam w ogóle taki zamiar? – zdziwila się.
- A masz?
- Oczywiście, że nie! Byłam tylko ciekawa, co u mojej córci.
- Więc już wiesz, że wszystko super. Pa. – i nie mówiąc nic więcej rozłączyłam się. Dziewczyny spojrzały na mnie nieco zaskoczone. – No co? – wzruszyłam ramionami. – Kocham ją, ale ta kobieta czasami naprawdę doprowadza mnie do szału. No już jedźcie pizze, bo wystygnie. – pogoniłam je, klaszcząc w ręce.
*
Następnego dnia z samego rana zadzwonił do mnie Jace i kazał przyjść do siebie, a właściwie do Louisa z którym mieszkał. Wstałam więc w wolny dzień, wcześnie jak nigdy i bez śniadania pojechałam do mojego kochanego braciszka. Pewnie dostał kilka unfollow na twitterze i się biedaczyna załamał, więc ja jako dobra siostra będę musiala go pocieszyć i powiem, ze ci ludzie na pewno się pomylili i zaraz znów go zaobserwują, a potem każę Louisowi stworzyć kilka kont i go zaobserwować, oczywiście zapłace mu. Nie jestem potworem.
- Nie martw się braciszku! Ci ludzie na pewno się pomylili i za kilka dni znów cie zaobserwują. – zaświergotałam wchodząc do mieszkania. Zastałam Jace’a stojącego na środku salonu z miną wskazującą na to, że czuł się winny, a Louis siedział za nim na kanapie. Zmarszczyłam brwi.
- Tak tragiczne jeszcze nie jest, ale ta informacja również nie jest dobra. – odpowiedział.
- Co się dzieje? – zapytałam powoli, bojąc się tego, co ma mi do powiedzenia.
- Zrobiłem coś głupiego. – wyznał.
- Wziąłeś ślub po pijaku z prostytutką. – strzeliłam.
- Co? Nie! – obruszył się.
- Przepraszam z mężczyzną, który pracuje w burdelu. – wywróciłam oczami.
- Nie…
- O boże! – zakryłam sobie usta ręką. – Nie mów, że wy dwaj wzięliście ślub po pijaku! Jezu! – wzdrygnęłam się. – Wiedzialam, że chory umysł Jace’a udzieli się Louisowi. Po prostu wiedziałam.
- Andrea to nie tak… - próbował wyjaśnić mój brat, ale przerwałam mu:
- Dobra, mleko się rozlało. Trzeba pomyśleć nad rozwodem, ale to nie będzie akurat trudne. Louis powie, że go zdradzałeś. Nie będzie trudno znaleźć dowody. – powiedziałam.
- Nie wzięliśmy ślubu! – krzyknął Jace.
- Więc z kim go wziąłeś? – spytałam nic z tego już nie rozumiejąc.
- Nie było żadnego ślubu, w ogóle skąd ten pomysł?
Wzruszyłam ramionami. Wyobraźnia jak zwykle mnie poniosła.
- Wybacz, a więc mów. Nie będę już zgadywać, obiecuje.
Jace kiwnął głową i wziął głęboki oddech.
- To nie będzie proste…
- Gdybyś nie był chłopakiem pomyślałabym, że jesteś w ciąży. – zaśmiałam się, a mój brat posłał mi mordercze spojrzenie. – Okej, już przestaje.
- Otóż wczoraj zadzwoniła do mnie mama i pytala się co u ciebie, więc powiedziałem jej, że…
- Że co? – pogoniłam go.
- Że… - Jace przygryzł wargę, jakby zastanawiając się, czy na pewno powinien mi to wyznać. Podeszłam więc do niego i potrząsnęłam go za ramiona, krzycząc:
- Co żeś jej nagadał matole? Mów!
- Hej, hej. Nie tak ostro. To się nazywa przemoc. – stwierdził Louis i wstał z kanapy, aby mnie odciągnąć od brata. – Swoją drogą jest bardzo częstym zjawiskiem w rodzinie. I dotyczy zarówno mężczyzn jak i kobiet, choć kobiet częściej, ale to może sięgać jeszcze kilkunastu lat wstecz…
- Wiedzialam, że nie powinnam pożyczać ci tej książki. – powiedziałam przewracając oczami. – Dobra a ty mów matole, co powiedziałeś mamie.
- A więc powiedziałem, że… ostatnio… byłaś trochę… przygnębiona. – dokończył i wyraźnie odetchnął z ulgą, że ma to już za sobą.
- Trochę przygnębiona? To wszystko co jej powiedziałeś? – naprawdę miałam wielką nadzieje, że nie powiedział mamie nic więcej.
- To znaczy oczywiście mogłem użyć innych słów, ale konkretnie o to mi chodziło. – odparł.
- Co masz na myśli mówiąc innych słów? – zmrużyłam gniewnie oczy i założyłam ręce na klatkę piersiową.
- Z racji tego, że sekrety niszczą rodzinę, ja powiem. Otóż jace powiedział waszej mamie, że jesteś niestabilnie emocjonalnie, a ostatnio jesteś jednym wielkim kłębkiem nerwów. Krzyczysz bez powodu, wpadasz w szał i chyba masz problemy psychiczne i  przydałaby ci się fachowa pomoc. – odpowiedział za niego Louis.
- Spalę tę książkę, przysięgam. – poinformował go Jace, a ja starałam się, naprawdę bardzo się starałam nie zacząć krzyczeć, ale ten młot zawsze musi wszystko zepsuć. Nienawidzę mieć młodszego brata, oni zawsze wszystko psują i są tylko pasmem problemów, a nie sukcesów. Gdybym miała siostrę, albo byłabym jedynaczką, moje życie byłoby o niebo lepsze. – Proszę, powiedz coś An. – odezwal się, gdy długo milczałam.
- Ty… ty… - chciałam wykrztusić coś normalnego, a w głowie miałam same przekleństwa. – Ty kretynie do kwadratu! Ty idioto! Dlaczego nie możesz być normalnym nastolatkiem i siedzieć przed komputerem dwadzieścia cztery godziny na dobę i nie rozmawiać z rodzicami?! Dlaczego zawsze psujesz mi życie?! Wiesz dlaczego jestem niestabilnie emocjonalnie? Bo ty mi na to nie pozwalasz! To twoja wina! Wszystkie moje niepowodzenia to twoja wina! Wszystko co najgorsze mnie w życiu spotkało to twoja wina, a ty jeszcze mały gówniarzu śmiesz twierdzić, że wpadam w szał bez powodu! Powiedz mi, kiedy ostatni raz to zrobiłam? Kiedy wpadłam w szał bez powodu, bo jakoś nie mogę sobie przypomnieć! Najpierw rujnujesz mi życie, a potem jesteś wielce zdziwiony, że jestem zła i krzyczę?! Gdzie zgubiłeś mózg? No pytam się, gdzie do cholery twój mózg?! – krzyczałam jak opętana, a Jace stał z szeroko otwartymi oczami nie odzywając się. Byłam tak wściekla, że złapałam za pierwszą lepszą rzecz, a w tym wypadku za książkę o stosunkach rodzinnych, którą pożyczyłam Louisowi i zaczęłam nią walić Jace’a po głowie.
- Tylko nie ta ksiązka! Bij go sobie ale inną! To ja może szybko pobiegnę po coś z moich… shit, ja nie mam żadnych książek. – mówił przerażony Lou.
- Teraz chociaż masz prawo mówić, że wpadłam w szał! – powiedziałam do Jace’a, który najpierw próbował się zakrywać, a gdy to nie pomogło, zaczął uciekać.
- Chodź tutaj małolacie! – krzyczałam biegnąc za nim.
I tak zaczęliśmy się ganiać po całym salonie, a Louis starał się nas uspokoić i przemówić do rozsądku. Dopiero kiedy Jace gwałtownie przystanął, patrząc się na coś ze strachem, ja również to zrobiłam, zaskoczona jego reakcją.
- O co cho… - urwałam zdając sobie sprawę z tego kim była ta osoba. – O hej mamo. – pomachałam jej. Ona tymczasem stała nie odzywając się, będąc zapewne w szoku po tym co zobaczyła. – To nie jest to, co… zaraz, skąd się tu znalazłaś? – zapytałam, gdy dotarło do mnie, że nie mówiłam jej, gdzie mieszka Louis.
- Jace jej powiedział wczoraj, że tu mieszka. – szepnął do mnie Lou. No tak. Mogłam się domyślić.
- Widzisz? Mówiłem ci! – odezwal się mój braciszek wskazując na mnie palcem, a ja omal znów nie zaczęłam go ganiać, po całym pokoju. Jednak w ostatniej chwili powstrzymałam się.
- Sprowokował mnie. – próbowałam się bronić.
- Każdy oprawca zwala winę na ofiarę. Typowe. – powiedział dumnie Jace. – Co? Też czytałem tę książkę. – dodał.
- Jace mnie naprawdę sprowokował. Louis powiedz jej. – spojrzałam w stronę chłopaka, który zasłonił twarz rękoma, mówiąc, że jego tu nie ma, po czym schował się za kanapą. Serio? Moja mama tymczasem pokręciła głową, jakby nie wierzyła własnym oczom i ciężko westchnęła.
- Myślałam, że tylko Andrea ma problemy, ale widzę, że ty Jace również. Oboje jesteście niestabilnie emocjonalnie. Przyda wam się terapia.
- Że co?! – krzyknęliśmy równo z moim bratem.
- Tak. Dobrze słyszeliście. Terapia. A póki co zamieszkam tutaj, aby wszystkiego dopilnować. Wasze zachowanie pewnie ma związek z ojcem. Wiedziałam, że nie poświęcał wam dostatecznej ilości uwagi. – westchnęła.
- Ależ nam nie jest w żadnym wypadku potrzebna terapia! Louis powiedz coś do cholery! – wrzasnęłam, mając dosyć tego, że zamiast mi pomóc, on udaje, że go tu nie ma.
- Jesteśmy normalnymi nastolatkami. Naprawdę. – próbowal ją przekonać Jace. Nagle usłyszeliśmy jakieś pikanie. Tak, to powiadomienie w telefonie mojego braciszka. Szybko wyjął go ze spodni i sprawdził. – O nie! Dostałem trzy unfollow na twitterze! Ale jak to? Cholera, to pewnie za ten wpis o maseczkach do twarzy. No ale heloł. Chłopak też może jej używać, prawda?
- Lepiej już nic nie mów. – poradziłam mu.
- Bardzo dobrze, że mi o tym powiedziałeś, synu. Bardzo dobrze. Z tego co Andrea mówiła to myślałam, że u was wszystko w porządku i nawet miałam nie przyjeżdżać, ale coś mnie tknęło i zadzwoniłam do ciebie i widzę, że miałam dobre przeczucie. – cieszyła się mama. – Hej ty za kanapą! Leć przynieś moje walizki.
Louis niechętnie opuścił swoją kryjówkę i pobiegł po bagaż. Zapewne się cieszył, że może gdzieś wyjść.
- Nie martwcie się, dzieci. Mamusia się wszystkim zajmie. – ucieszyła się.
- Naprawdę nie wątpimy. – mruknęłam.
Pierwszy raz zaczęłam żałować, że moim jedynym problemem już nie jest usługiwanie Peterowi. To naprawdę nie było takie straszne w porównaniu z tym.
*
Jak wam się podoba rozdział? J z góry dziękuje za wszystkie komentarze! <3