piątek, 20 października 2017

Rozdział 35



Oczami Andrei:
Spałam smacznie w swoim pokoju w niedzielny poranek, korzystając z wolnego dnia przed całym tygodniem szkoły, kiedy zostałam obudzona przez dźwięk mojego telefonu. Starając się nie zacząć krzyczeć na głos, jak bardzo nienawidzę osoby, która dzwoni, sięgnęłam ręką po komórkę, która leżała na komodzie i nacisnęłam zieloną słuchawkę, nawet nie patrząc na to kto dzwonił.
- Mam nadzieje, że ktoś umarł. – mruknęłam.
- Jeszcze nie, ale bardzo prawdopodobne, że to się stanie. – usłyszałam po drugiej stronie zdenerwowany głos Louisa.
- Co znowu zrobił? – spytałam ziewając.
- Zrobiła. – poprawił mnie. – Twoja matka.
- Hej! Mówisz to, tak jakby to była moja wina. – obruszyłam się. – Rodziny się nie wybiera. Myślisz, że gdybym miała wybór to wybrałabym nienormalną matkę i jeszcze bardziej nienormalnego brata, zamiast na przykład rodziny królewskiej? Ale dobra, co zrobiła?
-  Sprowadziła do mojego domu obcych ludzi! – wykrzyknął.
- W niedzielę rano? Wow, ta kobieta nie zna umiaru w imprezach. – pokręciłam głową w rozbawieniu.
- Ćwiczą jogę. W moim salonie. – wyjaśnił. Przewróciłam oczami.
- To się do nich dołącz. – poradziłam mu. – Zresztą, co ci przeszkadza parę ćwiczących osób?
- Parę? Ich jest ponad dwadzieścia! W dodatku to same kobiety po pięćdziesiątce, które cały czas narzekają i, że wszystko je boli. A co gorsza jedna z nich próbowała mnie poderwać. Cudem udało mi się uciec na górę. Boje się teraz zejść do kuchni w moim własnym domu! A naprawdę jestem głodny. – marudził, a ja myślałam, że zaraz eksploduje.
- A co robi Jace? – zapytałam, ostatkami sił, starając się brzmieć normalnie.
- Najwyraźniej zna co tygodniowy rytuał twojej mamy, bo słyszałem jak wychodzi z domu o szóstej rano! Zresztą to twoja mama i twój problem.
- Okej, masz rację. Już dość, że zmusiłam cię, żebyś zamieszkał z moim wiecznie niewyżytym bratem. Nie musisz znosić też matki. Pogadam z nią później.
- Dzięki. – odpowiedział.
Zanim Louis się rozłączył, zdążyłam jeszcze usłyszeć głos mojej matki, która krzyczała:
- Ej, ty pięknisiu! Zrób nam coś do picia!
Rzeczywiście przydałaby mu się drobna pomoc, a właściwie mojej matce, tylko w jej wypadku najlepsza byłaby fachowa pomoc.
*
Na dole Scar jadła grzanki, oglądając jakiś program w telewizji, a  Liv leżała na kanapie w szlafroku i z maseczką na twarzy.
- Wow, masz randkę czy coś? – zapytałam z uśmiechem, siadając obok przyjaciółki na wolnym miejscu.
- Co? Jaką randkę? O co ci chodzi? – gwałtownie podniosła się do pozycji siedzącej. – W ogóle, co masz na myśli mówiąc randka? Zdefiniuj to słowo. – założyła ręce na klatkę piersiową i posłała mi wyczekujące spojrzenie.
- Randka, no wiesz, idą na nią dwie osoby, mające się ku sobie i… - nie dokończyłam, ponieważ przerwała mi moja przyjaciółka.
- A ja mam się ku komu?
Zmarszczyłam brwi.
- Cóż… Chaningowi Tatumowi? – próbowałam jakoś z tego wybrnąć, a wtedy oczy Liv się zaświeciły.
- Masz rację. On jest boski.
Roześmiałam się, kiwając głową. Sama prawda.
- Musimy zorganizować jakąś imprezę. – wypaliła nagle Scar. Obie spojrzałyśmy na nią zaskoczone.
- Myślałam, że nie przepadasz za imprezami. – powiedziałam, ponieważ dotąd tak właśnie mi się wydawało.
- No cóż, kobieta zmienną jest. – westchnęła. -  A poza tym dawno nie spotkaliśmy się wszyscy grupą. Tęsknie za naszymi wygłupami i rozmowami.
To prawda. Ostatnio miałam głowę zaprzątniętą Peterem, a teraz matką. Nie mam w ogóle czasu, aby się wyluzować i przestać myśleć. Potrzebna była mi dobra zabawa.
- To może jutro wieczorem? – zaproponowałam. – Teraz mam spotkanie u terapeuty, więc muszę lecieć, a później będę zapewne tak zdenerwowana, że nie będę miała ochoty na imprezy.
- Naprawdę tam idziesz? – zdziwiła się Libby.
- Inaczej matka nie da mi spokoju. Wolę tam iść i to przeżyć. Zresztą, umówiliśmy się z Jacem, że będziemy zgrywać wyjątkowo zgraną rodzinkę. Więc kiedy matka zobaczy, że dogadujemy się lepiej niż kiedykolwiek odpuści. – uśmiechnęłam się do siebie z dumą. – Czasami mamy genialne pomysły. – skwitowałam i wyszłam z domu, mając nadzieje, że to pomoże w pozbyciu się natrętnej rodzicielki.
*
Siedziałam właśnie na kanapie z Jacem i mamą w gabinecie terapeutki, cierpliwie czekając, aż wróci, gdyż wyszła na moment coś załatwić. W głowie powtarzałam sobie różne miłe słowa, które powiem o moim bracie i miałam nadzieje, że on robi to samo. Zerknęłam więc w jego stronę i… zobaczyłam jak siedzi na telefonie! Zacisnęłam dłoń w pięść, ledwo się powstrzymując, aby go nie uderzyć. Myślałam, że traktuje to równie poważnie jak i ja. W normalnych okolicznościach wyjęłabym mu urządzenie z ręki i wyrzuciła przez okno, ale bałam się, że zaraz wróci terapeutka no i mama siedziała obok.
- Wszystko w porządku Andrea? Wyglądasz na zdenerwowaną. – odezwała się mama.
- Taaa, trochę się stresuje. – wydukałam.
- Cóż, przyznam, że ja również się trochę denerwuje, że terapeutka weźmie nas za patologiczną rodzinę, ale skoro to ma pomóc…
W tym momencie do pomieszczenia weszła kobieta o której była mowa. Starała się uśmiechać, choć przede mną żaden sztuczny grymas się nie ukryje.
- Nazywam się Evelyn Green, mam dwadzieścia sześć lat i jestem terapeutką. – przedstawiła się. – Może teraz wy opowiecie coś o sobie? – spojrzała na nas. – Aha i prosiłabym, aby pani wyszła. Obawiam się, że dzieci mogą przy pani poczuć się trochę skrępowane. Poproszę panią znowu, gdy skończymy sesje.
Moja mama nie wyglądała na zadowoloną, ale pokiwała głową mrucząc „czego się nie robi dla swoich dzieci” i opuściła pokój.
- Więc? – posłała nam wyczekujące spojrzenie. – Kto zacznie?
Żadne z nas nie miało zamiaru mówić o sobie jako pierwsze, a tym bardziej Jace, który cały czas pisał coś na telefonie. On nie ma za krzty kultury.
- To może ja. – odezwałam się. – Nazywam się Andrea Sanchez, mam dwadzieścia lat i uczę się. – w tej chwili Jace prychnął, a ja posłałam mu groźne spojrzenie. – Staram się uczyć. – uśmiechnęłam się sztucznie.
- Powiedzmy. – mruknął, na co dźgnęłam go łokciem w żebro, chcąc mu przypomnieć o naszej umowie. Wtedy mój brat schował telefon do kieszeni i skupił się, a przynajmniej starał się skupić na rozmowie.
- A ty? Jak się nazywasz? – zwróciła się do niego.
- Jace Sanchez.
- A więc Jace, co porabiasz w życiu? – zapytała siląc się na milutki ton. Chłopak przez chwilę się gorączkowo nad tym zastanawiał, aż w końcu odpowiedział niepewnie:
- Staram się być jak najlepszym bratem? – kolejny raz miałam ochotę go dźgnąć, a on chyba to wyczuł, ponieważ się poprawił: - To znaczy, na pewno jestem najlepszym bratem. Proszę zapytać o to Andrei. – uśmiechnął się.
- I tym się zajmujesz w życiu? – zdziwiła się kobieta. Taa, chyba w życiu nie usłyszała dziwniejszej odpowiedzi, na jakiekolwiek pytanie. I ja również.
- Przeważnie…tak.
Terapeutka zaczęła coś zapisywać, po czym spojrzała na mnie, gdy skończyła. Poczułam się nagle dziwnie nieswojo, ponieważ obawiałam się, że wyczuła nasz podstęp i zaraz powie, że przedłuży nam terapie za udawanie.
- A ty Andrea?
- Ja? Cóż… - przygryzłam wargę, nie wiedząc co powiedzieć. – Może zapyta pani jeszcze o coś Jace’a? Jest takim cudownym bratem. – dotknęłam jego ramienia, uśmiechając się sztucznie. – Naprawdę lepszego nie mogłam sobie wymarzyć. Czasami zastanawiam się czy zasłużyłam na to…słońce mojego życia.
- Tak, nawzajem rozświetlamy nasze smutne i szare dni. – dodał mój brat, obejmując mnie. – Wie pani co? Czasami żałuje, że Andrea jest moją siostrą.
- Co?! – krzyknęłam, nie mogąc uwierzyć w jego słowa. Tak dobrze nam szło, no cóż, a przynajmniej powiedzmy, a on to wszystko chciał zniszczyć? Czy ten niewdzięczny dzieciak chce chodzić na terapie do końca życia? Niech tylko znajdziemy się w domu…a poczuje, co to znaczy smak pięści wściekłej dziewczyny.
- Daj mi skończyć, kochanie. – uspokoił mnie ruchem ręki. – Czasami żałuje, że jest moją siostrą, ponieważ mógłbym się z nią umówić.
Gdybym miała teraz wodę w ustach, pewnie bym ją wypluła. Nie spodziewałam się usłyszeć czegoś takiego. Nigdy. I żałuje, że to usłyszałam.
- Rozumiem. – mruknęła kobieta ponownie coś zapisując. – Czy często miewasz takie myśli, Jace?
- O tak. Bardzo często. – odpowiedział bez zastanowienia. – Ale jest moją siostrą i pamiętam o tym. To znaczy… pamiętam, na trzeźwo. Rozumie pani? – puścił do niej oczko.
- Taak, chyba rozumiem, aż za dobrze. – terapeutka spojrzała na niego zaniepokojona. – Jak dużo spędzacie ze sobą czasu?
Oboje zaczęliśmy się zastanawiać, ponieważ nie przemyśleliśmy odpowiedzi, których będziemy jej udzielać. W końcu postanowiłam się odezwać:
- Całkiem sporo. Mamy silną więź.
- Dokładnie. Kiedy tylko skończymy lekcje od razu idziemy na kawę albo na imprezę. Czasami aż czekam zniecierpliwiony na koniec zajęć, byle tylko znów zobaczyć moją małą siostrzyczkę. Raz okłamałem nauczycielkę, że muszę wyjść, bo źle się czuje, a tak naprawdę poszedłem do Andrei, ponieważ tak się stęskniłem. Czyż to nie urocze?
- A ty Andrea, jak się z tym czujesz? – zapytała mnie.
- Cóż… bardzo dobrze. To chyba normalne, że brat z siostrą chce spędzić trochę czasu, prawda? Szczególnie jeśli dogadujemy się tak dobrze. Nasi znajomy czasami się śmieją, że nie potrzebuje chłopaka, bo mam Jace’a. – próbowałam się roześmiać.
Kobieta podeszła do okna, aby je otworzyć i zaczerpnąć trochę świeżego powietrza.
- Wybaczcie, czasami tak robię, gdy moi pacjenci… zrobią na mnie wrażenie. – powiedziała, a ja poczułam, że wygraliśmy. Czekałam tylko na koniec sesji, żeby pierwszy raz w życiu przytulić mojego brata i powiedzieć mu, że naprawdę świetnie nam idzie udawanie zgodnego rodzeństwa i powinniśmy to robić częściej. – Ale macie swoje drugie połówki, prawda? Albo mieliście?
- Jasne. – odpowiedziałam beztrosko. – Dopóki nie dowiedziałam się, że mój chłopak chodzi do burdelu. Ale to długa historia. – machnęłam ręką. – Chociaż nie. W zasadzie nie ma nic więcej do opowiedzenia. Mój chłopak chodził do burdelu. To wszystko. – wzruszyłam ramionami.
- Ja wolę aplikacje randkowe. – powiedział na to Jace. – Ale ostatnia osoba z którą się umówiłem okazała się być oszustem. – spuścił głowę. – No heloł! Skąd miałem wiedzieć, że naprawdę nie piszę z Channingiem Tatumem?
Teraz kobieta zaczęła się wachlować. Cholera, chyba przesadziliśmy.
- Ale to nie ma znaczenia, bo tak naprawdę liczy się tylko to, że mamy siebie, prawda braciszku? – spojrzałam na niego.
- Oczywiście światłości mojego życia. – odparł chwytając mnie za rękę.
- Nie wiem czym zasłużyłam sobie na tak wspaniałego brata. – powiedziałam udając, że się wzruszam. Cóż, chyba zajęcia z aktorstwa w końcu mi się przydadzą. A mama mówiła, że to strata czasu.
- A ja na tak wspaniałą siostrę. – odpowiedział chowając twarz w dłoniach i… płacząc? Czy on autentycznie się wzruszył? Przez chwilę byłam lekko skołowana, ale zaraz potem ja również się rozpłakałam, z tym, że moje łzy nie były prawdziwe.
- Boże! Właśnie wyobraziłem sobie, że kiedyś umrzesz! I co ja zrobię bez ciebie? Moje życie straci sens! – mój brat wziął poduszkę, która leżała za nim i zaczął łkać. – Dlatego mam nadzieje, że umrę pierwszy, by móc bez ciebie żyć!
- O nie mój najdroższy. To ja mam nadzieje, że umrę pierwsza. – powiedziałam obejmując go.
- W porządku. Czy mogłabym porozmawiać z waszą mamą? – przerwała nam kobieta odchrząkując, a wtedy ja pociągając nosem, wytarłam rękawem oczy i kiwnęłam głową.
- Oczywiście.
Oboje wyszliśmy z gabinetu.
- Teraz twoja kolej. – powiedział Jace do naszej mamy, a gdy ledwo zniknęla za drzwiami, przybiliśmy sobie piątkę.
- Byliśmy genialni! – krzyknęłam.
- Taa, byłaś niezła. – odpowiedział. – Ale powiedzmy sobie szczerze z talentem aktorskim trzeba się urodzić. Nigdzie się go nie wyćwiczy.
- Słucham? – naprawdę nie wierzyłam w to, co słyszę. – Czy ty właśnie niszczysz naszą piękną chwilę?
- Żartuje. – teraz to on dźgnął mnie łopatką. – Oboje byliśmy wspaniali!
*
Po prawie godzinie mama wyszła z gabinetu, wyglądając tak, jakby zobaczyła ducha. Spojrzeliśmy na nią zaniepokojeni, ponieważ wydawało się, że poszło nam świetnie.
- Wszystko okej? – zapytałam niepewnie.
- Nie miałam pojęcia… - wydukała, nawet na nas nie patrząc. Usiadła na krzesełku, starając się uspokoić. – Gdybym tylko wiedziała…
- Co wiedziała? – spytałam, czekając w zdenerwowaniu na odpowiedź, a moje serce zaczęło mi szybciej bić.
- Gdybym wiedziała nie zmuszałabym was do spania pod wspólnym namiotem, albo nawet w tym samym pokoju… boże, czuje, że to moja wina.
Naprawdę kompletnie nic z tego nie rozumiałam i jak widziałam po minie Jace’a, on również nie.
- Co konkretnie ci powiedziała? – odezwał się mój brat.
- Jest wami zaniepokojona. – powiedziała. Zmarszczyłam brwi. Przecież tak bardzo się staraliśmy jej pokazać jakim jesteśmy wspaniałym rodzeństwem! Czego ona jeszcze od nas oczekuje? Co mieliśmy zacząć się całować, żeby udowodnić, że nie nienawidzimy się? Choć w rzeczywistości było zupełnie inaczej?
- Niech lepiej zajmie się sobą. Te zmarszczki same nie znikną. – prychnęłam.
- Powiedzcie mi, kiedy to się zaczęło? – popatrzyła na nas z przerażeniem w oczach. – Czy to było już na imieninach cioci Betty, kiedy zamknęłam was przypadkowo łazience na sześć godzin?
- Kiedy zaczęło się co? Zaraz, to ty nas zamknęłaś?! Myślałam, że to Jace! Jak zwykle zresztą. – powiedziałam przypominając sobie w jaki szał wtedy wpadłam. Mój brat oczywiście bronił się, ale nie wierzyłam mu. Byłam o krok od pobicia go. Tyle godzin sam na sam z tym przygłupem… nadal podziwiam siebie, że dałam radę to przetrwać.
- Wasza terapeutka uważa, że… że jesteście ze sobą blisko. – wydusiła z siebie w końcu. Odetchnęłam z ulgą. No! O to nam chodziło! Spisaliśmy się na medal.
- Ma się rozumieć. – wyszczerzył się Jace. – Jesteśmy najbardziej zgodnym rodzeństwem na świecie.
- Chyba aż zbyt zgodnym. – powiedziała.
- Co masz na myśli? – zapytałam.
- Wasza terapeutka myśli, że… łączy was zbyt bliska więź jak na rodzeństwo i… obawia się, że jesteście w potajemnym związku.
- CO?! – wrzasnęliśmy równo z Jace’em.
- I teraz jak sobie o tym pomyślę to… to ma sens. – kontynuowała mama.
- ŻE JAK?! – kolejny wrzask z moim bratem. Serio, jak my to robimy?
- Zawsze ze sobą rywalizowaliście i kłóciliście się, ale może… to było tylko na pokaz, żebym się nie domyśliła…
- TY TAK NA SERIO?! – krzyknęliśmy równo trzeci raz. Może rzeczywiście łączy nas zbyt silna więź?
-  W dodatku nie mieszkacie razem… może jest ku temu powodów. Na przykład nie chcieliście wzbudzać podejrzeń, albo jedno z was chciało zerwać… - zastanawiała się.
- Mamo, zdajesz sobie sprawę, że nie kręcą mnie dziewczyny? – przypomniał jej Jace.
- No właśnie „dziewczyny”.- westchnęła mama i wstała z siedzenia chodząc w zdenerwowaniu po korytarzu.
- Dzięki, mamo. – mruknęłam.
Okej, więc pozbyliśmy się jednego problemu, tworząc w jego miejsce nowy.
Tylko my tak potrafimy.
*
Wieczorem dla rozluźnienia wybrałyśmy się z dziewczynami na imprezę do klubu. Oczywiście nie same. Mieli do nas dołączyć chłopcy, ale jak zwykle się spóźniali. Więc, aby jakoś umilić sobie ten czas zajęłyśmy miejsce na kanapie w rogu i zamówiłyśmy po drinku.
- Naprawdę terapeutka powiedziała twojej matce, że macie z bratem za bliską relację?! – Liv próbowała przekrzyczeć głośno grającą muzykę. Kiwnęłam głową. Niestety to była prawda. Miałam nadzieje, że to tylko zły sen i zaraz się obudzę. Ech, coś czuje, że moja rodzicielka zostanie dłużej niż mi się wydaje.
- Nie mam już pomysłu, jak się jej pozbyć! – powiedziałam głośno, również starając się jakoś przekrzyczeć muzykę. Cóż, najwyraźniej klub to nie jest dobre miejsce na rozmowy. W tym momencie mój telefon zawibrował. To była wiadomość. Od Louisa. Pisał, że już są na miejscu i pytał, gdzie jesteśmy. Kręcąc głową z westchnieniem odpisałam mu, choć miałam ochotę go wkręcić. Postanowiłam jednak nie dręczyć go, ponieważ cały czas pamiętałam, że pozwolił mojemu nienormalnymi bratu mieszkać pod swoich dachem. Co prawda nie wyglądał na kogoś, kto wyrzuciłby człowieka na bruk, ale wolałam nie ryzykować. – Zaraz będą! – krzyknęłam i w tej samej chwili zobaczyłam jak Scar do kogoś macha. To był Niall, a zaraz obok niego szedł Louis z Harrym, Liamem i Zaynem.
- Nareszcie! Co tak długo?! – zapytała.
- Wybacz! Korki! – odkrzyknął Horan.
- Musieliśmy zatrzymać się w Mcdonaldzie po drodze. – westchnął Harry. – Zgadnijcie przez kogo? – spytał retorycznie, na co wszyscy się roześmiali.
- Byłem głodny! – obruszył się blondyn. – Zatańczymy? – wyciągnął rękę w stronę Scar.
- Jasne! – odparła uśmiechając się i powędrowali razem na parkiet.
- Zjadł dwa cheeseburgery i popił to colą i ma jeszcze siłę tańczyć? Jak on to robi? – zdziwił się Louis opadając na siedzenie obok mnie.
- Czytałam, że Irlandczycy mają szybszy metabolizm niż normalni ludzie. Dlatego wszyscy są praktycznie szczupli. Zresztą większość modelek właśnie stamtąd pochodzi. – powiedziałam próbując zachować całkowicie poważną twarz, popijając w międzyczasie drinka.
- Naprawdę? Wow, nie miałem pojęcia. – odpowiedział będąc naprawdę zaskoczonym. Nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać.
- Naprawdę mi uwierzyłeś? – zapytałam, przerywając na chwilę mój nagły atak śmiechu.
- Hej! Więc to wszystko bujdy? A już chciałem zabłysnąć na lekcji historii. – stwierdził markotniejąc.
- Jak można było uwierzyć w coś tak durnego? – nadal nie mogłam opanować śmiechu.
- No wiesz, bo jesteś taka mądra i… znasz się na wielu rzeczach i… - urwał, ponieważ podszedł do nas Zayn, mówiąc:
- Możemy porozmawiać?
Kiwnęłam głową.
- Jasne. Co się stało?
- Na osobności?
Spojrzałam na Louisa przepraszająco, ale ten machnął tylko ręką i sięgnął po drinka, udając, że ma to gdzieś, albo naprawdę miał to gdzieś. Ja tymczasem wstałam z siedzenia idąc za Zaynem w stronę wyjścia, jednocześnie zastanawiając się o czym to ma zamiar ze mną porozmawiać? Przez głowę przechodziły mi różne myśli, ale nic konkretnego.
Gdy znaleźliśmy się na świeżym powietrzu, chłopak popatrzył na mnie i zaczął:
- Musisz przekonać Liv, by ze mną porozmawiała.
Parsknęłam. Szybko przeszedł do rzeczy. Nie ma co.
- Dlaczego muszę? – założyłam ręce na klatkę piersiową.
- Bo jesteśmy najlepszymi kumplami. – uderzył mnie po „przyjacielsku” w ramię, ale ja spojrzałam na niego sceptycznie. – Najlepszymi ziomkami? – próbował dalej, gdy nie wyglądałam na przekonaną. – Najlepszymi znajomymi?
Westchnęłam.
- Liv nie chce z tobą rozmawiać i nic tego nie zmieni.
- Jesteście przyjaciółkami. Posłucha cię.
- Zresztą ja też nie chce ją przekonywać do rozmowy z oszustem.
- Nie jestem oszustem.
- Zdradziłeś ją. – przypomniałam mu.
- Wcale nie. – bronił się.
- Tak mówi każdy oszust. – stwierdziłam. – Zresztą, oszuści bardzo często noszą skórzane kurtki.
- Okej, więc teraz naszym problemem jest moja skórzana kurtka?
Zastanowiłam się przez chwilę.
- Czytałam tydzień temu pewien artykuł z którego wynikało, że…
- A jakbym ją zdjął?
- To nie wystarczy. – powiedziałam poważnym tonem. – Będziesz musiał ją spalić. – dodałam, starając się nie roześmiać.
- Słucham?! – prawie krzyknął.
- Wybieraj. Co jest dla ciebie ważniejsze Liv czy skórzana kurtka?
- Oczywiście, że Liv! – odpowiedział szybko.
- No więc widzisz.
Widziałam po jego minie, iż jest mną mocno zirytowany, ale trudno. Zasłużył.
- Dobra, zrobię to. – powiedział bardziej na odczepnego, niż żeby naprawdę miał to zrobić, choć kto go tam wie. Może wstawi jakieś fotki na instagrama z hasztagiem #MyJacketIsOnFireBecauseOfAndrea?
- Spróbuję ją przekonać, ale nie obiecuje, że się uda.
- Dziękuje. – powiedział z wyraźną ulgą, a ja rzuciłam z uśmiechem:
- I nie martw się. nie powiem jej jak długo się zastanawiałeś, czy jest ważniejsza od twojej kurtki.
Gdy odchodziłam słyszałam jak się oburza, na co miałam ochotę wybuchnąć śmiechem.
*
Kiedy ponownie znalazłam się w klubie, podeszłam do „naszej” kanapy na której cały czas siedział Louis pijąc już nie wiadomo, którego drinka z kolei.
- O! Nareszcie wróciłaś. – ucieszył się widząc mnie.
- Liv, musimy porozmawiać. – powiedziałam do niej, kompletnie olewając chłopaka, co było co prawda trochę niegrzeczne, ale miałam aktualnie ważniejsze sprawy na głowie.
- Dlaczego nagle każdy chce z każdym rozmawiać? Może ja też bym chciał? – spytał obrażony.– O Niall! Dobrze, że jesteś! – wskazał na niego. – Musimy porozmawiać.
- O czym? – zdziwił się chłopak.
- O tym, o czym oni mogą rozmawiać. – wskazał na nas dwie.
- O ploteczki! Kocham ploteczki! – zaczął się cieszyć jak małe dziecko. Przewróciłam oczami i pociągnęłam moją przyjaciółkę za rękę w stronę damskiej toalety. Tak, wiem, to nie najlepsze miejsce na rozmowę, ale zewnątrz wciąż czeka Zayn. Nie możemy tam rozmawiać.
- Nie będę owijała w bawełnę. Musisz porozmawiać z Zaynem.
- Co? Dlaczego? – spytała marszcząc brwi.
- Bo chce spalić dla ciebie jego skórzaną kurtkę. – odpowiedziałam poważnym tonem.
- Serio? Przecież on uwielbia tę kurtkę!
- Właśnie dlatego!
- Mimo wszystko nie ma mowy. – powiedziała i chciała wyjść, ale złapałam ją za ramię.
- Słyszalaś co właśnie powiedziałam? On chce spalić dla ciebie kurtkę! – przypomniałam jej.
- Bardzo mnie zranił. Po za tym… - tutaj urwała i zamilkła na moment. – Po za tym bardzo mnie zranił. – dokończyła.
- Wiesz jak mnie błagał, żebym z tobą porozmawiała? Prawie miał łzy w oczach. On naprawdę cierpi. Nie może spać po nocach, ma koszmary. Budzi się z krzykiem wołając twoje imię. – próbowałam ja przekonać.
- Naprawdę uważasz, że w to uwierzę? – założyła ręce na klatkę piersiową.
- Cóż, warto było spróbować. – wzruszyłam ramionami.
- Nie wiem, dlaczego ci tak na tym zależy, ale okej. Porozmawiam z nim. Ale nie dzisiaj. Mam ważniejsze sprawy teraz. – uśmiechnęła się i wyszła z pomieszczenia. Zmarszczyłam brwi, starając się zrozumieć jej słowa, ale Liv zrobiła się ostatnimi czasy bardzo tajemnicza. Czasami chciałabym wiedzieć, co skrywa ten szalony umysł.
*
Parę godzin później impreza rozkręciła się już na dobre. Louis pół wieczoru spędził na kanapie popijając drinka za drinkiem, a drugie pół próbując rozmawiać z obcymi ludźmi, o tym, o czym ja mogłam rozmawiać z Liv. Było mi za niego tak wstyd, że kiedy wskazywał na mnie palcem, udawałam, ze tego nie widzę i nie mam pojęcia o co chodzi. Zayna nie było, dlatego stwierdziłam, że pewnie czeka cały czas na zewnątrz, myśląc, że tak długo przekonuje Liv.  Miałam zacząć go szukać, ale stwierdziłam, że przyda mu się jakaś kara, za to, co zrobił. Niall i Scar przetańczyli większość wieczoru, cały czas się śmiejąc i dobrze bawiąc w swoim towarzystwie. Liam najpierw rozmawiał z Harrym jakim czas, ale później zajął miejsce obok mnie i opierając się o moje ramię zasnął. Był niesamowicie ciężki, dlatego jak najszybciej zsunęłam go z siebie, a chłopak opadł na kanapę. próbowałam nie roześmiać się na ten widok, ale to było silniejsze ode mnie. Chciałam nawet zrobić mu zdjęcie, ale pomyślałam, ze jutro może mu być głupio, więc sobie daruje.
- Uwierzysz, że nikt nie ma pojęcia o czym rozmawiałyście? – zapytał Louis siadając obok mnie, będąc naprawdę zdziwionym tym faktem. Wow, musi być naprawdę nieźle wstawiony.
- Szokujące. – skomentowałam tylko.
- Hej, wiecie gdzie jest Liv? – zapytała Scar, podchodząc do nas.
- No nie wierzę. Też chcesz z nią rozmawiać? – jęknął Lou. – Dlaczego wy wszyscy macie jakieś sekrety?! – krzyknął zdesperowanym głosem. – Mam tego dość! – wstał gwałtownie z siedzenia, odchodząc od nas.
- Pił whiskey połączoną z wódką? – spytał Niall wskazując za odchodzącym chłopakiem.
- Możliwe. – wzruszyłam ramionami. – A co?
- Nie może tego pić. Totalnie mu odwala po tym. Lepiej pójdę go znaleźć, zanim rzuci się z dachu, albo co gorsza zacznie się rozbierać na środku ulicy.  
Patrzyłam za blondynem jeszcze parę sekund, starając się udawać, że ta sytuacja nie miała wcale miejsca i ponownie spojrzałam na moją przyjaciółkę.
- Nie mam pojęcia. – odparłam. – Może jest na parkiecie?
- Nie widziałam jej od dawna. Harry’ego zresztą też.
- Zayna też nie ma. – wzruszyłam ramionami.
- Ależ jest. Przy barze. Zwierza się jakiemuś barmanowi. – odparła.
- Serio? Wow, naprawdę to przeżywa. – stwierdziłam.
- Okej, więc skoro Zayn użala się barmanowi, Niall pobiegł za pijanym Louisem, a Liv i Harry’ego nie ma to kto przetransportuje Liama do domu? – zapytała Scarlett ciężko wzdychając.
- Może go tu zostawmy po prostu? – rzuciłam pomysł.
- Wiesz, że nie możemy. – powiedziała. – Ale w zasadzie to dobry pomysł. – kiwnęła głową.
- Ale i tak będziemy musiały to zrobić?
- Niestety. – powiedziała siadając obok mnie.
I tak spędziłyśmy wieczór, zastanawiając się w jaki sposób przeniesiemy Liama do domu. Na szczęście wrócił później do nas Niall, który nam pomógł. Okazało się, że znalazł Louisa przytulającego się do latarni i wyznającego jej miłość. Z trudem udało mu się oderwać go od niej. Musiał nieźle się natrudzić, ponieważ Lou zaczął krzyczeć, że to jego jedyna miłość i nie uda mu się ich rozdzielić. Pierwszy raz zaczęłam się zastanawiać czy to nie czasem Jace wytrzymuje z Louisem, a nie odwrotnie.



wtorek, 4 kwietnia 2017

Rozdział 34

Oczami Libby


Od rana miałam wspaniały humor a miało to związek z dniem który dziś nastał, a mianowicie piątek, piąteczek, piątunio !!! To najwspanialszy dzień tygodnia. Wstałam przejrzałam szybko portale społecznościowe napisałam kilka tweedtów i wyskoczyłam z łóżka. Czym prędzej poszłam do łazienki wykonać poranną toaletę. Gdy byłam już ogarnięta zeszłam do kuchni gdzie siedziała mama An.
- Cholera ! - wymsknęło mi się jak tylko ją zobaczyłam. Co ta kobieta o 6 rano robi u nas w domu.
- Ciebie również miło widzieć Libby. - powiedziała z tym swoim świdrującym spojrzeniem. Przeraża mnie ta kobita.
- Dzień dobry Pani Sanchez. - uśmiechnęłam się do kobiety popijającej kawę, a ta tylko coś mruknęła. Sięgnęłam po jabłko i czym prędzej wyszłam z domu. Pokierowałam się prosto na plaże żeby trochę pobiegać. W połowie dystansu usiadłam przy budce z napojami. Kupiłam sobie wodę i wróciłam tą samą trasą do domu. O dziwo nie było tam już mamy Andrei. Wzięłam szybki prysznic i pomalowałam się. Ubrałam czyste ubrania i poszłam do swojego pokoju. Mój kociak od razu wskoczył na łóżko i zaczął się do mnie tulić. Zabrałam go na dół i nałożyłam mu karmy i nalałam mleka do miski. Dochodziła dopiero siódma dziewczyny wciąż nie wygramoliły się z łóżek więc zostawiłam im notkę że musze coś załatwić i zgarniając po drodze wszystkie potrzebne rzeczy do moje torebki udałam się do garażu. Odpaliłam auto i udałam się do street fooda ze zdrowym jedzenie. Kupiłam dwa śniadania na wynos i ruszyłam w dalszą drogę. Po paru minutach zatrzymałam się na podjeździe i bez pukania weszłam do willi. Wszędzie było ciemno, a cisza panująca w domu upewniła mnie tylko w tym że Harry wciąż śpi. Po cichu udałam się na piętro do jego sypiali. Położyłam jedzenie na szafce nocnej i podeszłam do łóżka. Chłopak wyglądam tak słodko złapałam jeden kosmyk jego włosów i zsunęłam mu go z twarzy by moc go w całości zobaczyć. Starałam się to zrobić delikatnie ale i tak go obudziłam.
- Bry. - mruknął zaspanym głosem.
- Bry. Przyniosłam Ci śniadanie. - uśmiechnęłam się od uch do ucha.
- Jesteś szalona. - powiedział i pociągnął mnie za rękę tak że wylądowałam w łóżku tuż obok niego.
- Zdarza mi się czasami. - zrobiłam najsłodszą minę jaką tylko potrafiłam.
- Uważaj bo się jeszcze przyzwyczaję do takich niespodzianek z rana. - zaśmiał się po czym dał mi buziaka.
- Ty nie miałeś zamiaru dzisiaj wstawać Hazz ? - zapytałam patrząc jak chłopak wygramola się z łóżka i kieruje się w stronę łazienki.
- W sumie to nie, ale skoro już nie śpię to pofatyguję się na zajęcia. - uśmiechnął się i zniknął za drzwiami łazienki. Wciąż nie rozumiem tego co się dzieje między nami jesteśmy czy nie jesteśmy razem. Jeśli tak to czy będziemy komuś mówić czy wciąż to ukrywać. Jeśli nie to co z tym robimy. Mam totalny mętlik w głowie, ale czuje że z Harrym dogaduję się w 100%. Chłopak wyszedł w samym ręczniku przewiązanym w pasie, a ja poczułam jak głos więźnie mi w gardle. Cholera jaki on jest przystojny.
- Planujecie jakąś imprezę z dziewczynami ? - powiedział wyrywając mnie z podziwiania jego ciała.
- Yyy .. co .. znaczy chyba .. nie wiem w sumie. - zaczęłam się plątać, a Hazz zaczął się śmiać.
- Liv nie widzisz mnie pierwszy raz co jest z Tobą ? - podszedł do łóżka i pochylił się nade mną.
- Jeszcze pytasz ?! Wychodzisz sobie jak gdyby nigdy nic w samym ręczniku i ubierasz się przede mną. Jak ja mam niby się skupić co ? - odpowiedziałam z udawanym oburzenie.
- Totalna wariatka. - zaczął się śmiać.
- Myślałam że to to już ustaliliśmy. - przyciągnęłam go i pocałowałam.


~*~


Zajęcia zleciały jak nigdy wyjątkowo szybko. Zebrałam swoje rzeczy z ławki i wyszłam z sali. Zaczęłam grzebać w torbie w poszukiwaniu kluczyków, ale znalazłam tam jakiś liścik, którego wcześniej nie zauważyłam. Otworzyła go i uśmiech sam pojawił mi się na buzi.
"Dziękuję za pyszne śniadanko. Jutro ja stawiam. H."
- Liv co z dzisiejszym wieczorem ? - wyrwał mnie z rozmyśleń głos An, która właśnie poprawiała sobie szminkę.
- A co ma być ? - zapytałam zdziwiona. Nie przypominam sobie żebyśmy coś planowały.
- Impreza a co innego może być w piątek. Libby co się z Tobą dzieje jesteś jakaś nieobecna ostatnio i wiecznie zamyślona. - Andrea spojrzała na mnie swoim przenikliwym wzrokiem.
- To gdzie dzisiaj imprezujemy ? - podbiegła do nas Scar rzucając się nam na szyję i ratując mnie z burzy pytań An.
- Może w Diamonds ? - zapytała.
- Pasuje. - powiedziały jednocześnie Scarlett i An. Wspólnie ruszyłyśmy na parking.
- Widzimy się w domu ? - zapytała Scar wsiadając do swojego garbusa. Razem z brunetką kiwnęłyśmy głowami i poszłyśmy do swoich aut. Wsiadłam do samochodu i wyciągnęłam telefon. Napisałam sms do Harry'ego że czekam na niego i jak za dotknięciem magicznej różdżki zobaczyłam jak zmierza w moją stronę z Lou. Cholera co on wyprawia przecież nikt nie miał się o nas dowiedzieć, a ten papla zaraz wszystkim powiem.
- Hej Wam. - powiedziałam z nerwowym chichotem.
- Podrzucisz też Lou do mnie bo kupił nową grę i musimy ją wypróbować. Spoko powiedziałem mu że auto mi się zepsuło i musiałaś mnie podrzucić rano. - mówił chłopak, a ja czułam jak serce coraz mocniej mi bije. Zaraz dostane zawału.
- Jasne bez problemu. - odpowiedziałam najspokojniej jak potrafiłam. Droga dłużyła się strasznie a cisza którą zakłócało jedynie radio była nieznośna. A po drugie nieomal dwa razy wjechałam w tył jakiegoś auta. Podjechałam pod wille i pożegnałam się z chłopakami. W drodze powrotnej czułam jak ręce drżą mi na kierownicy, a noga trzęsie się przy naciskaniu sprzęgła. Na szczęście dojechałam bezpiecznie do domu.
- Zrobiłam obiad ! - krzyknęła Scar jak tylko przekroczyłam próg drzwi. Usiadłyśmy wspólnie do stołu i zabrałyśmy się za jedzenie. Scarlett jak zwykle przeszła sama siebie w swoim Spaghetti.
- To jak o której lecimy na imprezę ? - zapytałam.
- Myślę że 21 będzie idealna nie za wcześnie, ale i nie za późno. - odpowiedziała Scar.
- Przynajmniej będziemy najtrzeźwiejsze o tej godzinie w klubie. - zaśmiała się Ana.
- Tak do czasu aż nie dorwiemy się do baru. - dodała i wszystkie wybuchłyśmy śmiechem.
- A właśnie An co Twoja mama robiła u nas po 6 w domu ? - spojrzałam na przyjaciółkę.
- Powiedziała że Louis ma kiepski ekspres do kawy i przyjechała do nas wypić. - wywróciła oczami.
- Aha. - ta kobieta nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.
- Długo jeszcze zostanie w Miami ? - zapytał Scar.
- Mam nadzieję że nie bo w końcu oszaleje przez nią. Tylko jakby tu przekonać ją do wyjazdu. - An zaczęła rozmyślać.
- Może przekonaj ją do tego że masz dobre stosunki z bratem. - powiedziała Scar.
- Scar ta kobieta chce mnie zaciągnąć na terapie do psychologa rozumiesz to ?! Takie coś zniszczy moją wiarygodność ! - oburzyła się brunetka.
- To musisz pogadać z bratem i będziecie musieli poudawać i to porządnie że jesteście w pełni zrównoważeni. - uśmiechnęła się Scarlett. Zaczęłam zbierać talerze po obiedzie i wstawiłam je do zmywarki, a dziewczyny pogrążyły się w planowaniu. Poszłam do salonu i włączyłam TV. Spojrzałam na telefon akurat jak przyszła wiadomość.
"Wybacz że nie uprzedziłem że będzie jechał z nami Lou. Mam nadzieję że nie jesteś zła. H"
"Jeśli on coś wypapla to uwierz będziesz moją pierwszą ofiarą uduszę Cię !"
"Spokojnie nic nie powie. I nie złość się wynagrodzę Ci to dzisiaj. Widzimy się w Diamonds. H"
"Skąd wiesz o Diamonds?"
"An wszystkim napisała na tt. Do później. H"
"Do później."
Moja przyjaciółka jak zwykle trzyma rękę na pulsie i zapewni by każdy wiedział gdzie i kiedy imprezujemy.

~*~


Równo o 21 pojawiłyśmy się z dziewczynami pod klubem. Okazałyśmy nasze przepustki i udałyśmy się na zarezerwowaną loże. Czekały tam już na nas drinki więc od razu chwyciłam za jeden.
- Jeszcze nawet nie usiadłaś, a już zaczynasz pić ? - odwróciłam się i zobaczyłam Zayna. Cholera zapomniałam że też tu będzie.
- Zalewam smutki w alkoholu. - odpowiedziałam i usiadłam na skórzanej kanapie.
- Wiesz że ja nic nie zrobiłem więc nie wiem o co Ty się na mnie wściekasz. - kontynuował swój dialog.
- Zaczął się weekend jesteśmy w klubie to nie jest dobre miejsce na prowadzenie takich rozmów wiesz mamy się tu bawić. - powiedziałam i wypiłam jednym chłystem lampkę martini.
- Dobrze więc jutro pogadamy nie ominie Cię to. - wstał zdenerwowany i poszedł na drugi koniec loży. Po chwili dołączył do nas jeszcze Harry, Louis, Liam i Niall. Przywitaliśmy się ze wszystkimi i zabraliśmy się za picie. Razem z dziewczynami postanowiłyśmy ruszyć na parkiet. Po drodze spojrzałam znacząco na Stylesa, który uważnie mi się przyglądał. Czułam jak muzyka przenika moje ciało. Razem z nami zaczęło tańczyć kilku facetów. Totalnie to olałyśmy zmieniając miejsce na parkiecie.
- Ej zważaj sobie gościu ! - usłyszałam krzyk An a po chwili jakiś facet dostał z liścia. Wyraźnie nie zraziło to faceta który nadal kleił się do mojej przyjaciółki. Wtedy wkroczyłam ja z Scar i odepchnęłyśmy tego gościa. Zaraz pojawiła się przy nas ochrona i wyprowadziła tego buraka z kluby.
- Nic Ci nie jest ? - Harry pojawił się przy mnie znikąd.
- Nie spokojnie jakiś typ się do An przystawiał, ale go wyrzucili z klubu. - wyjaśniłam.
- Mam iść go załatwić ? - zapytał z powagą w głosie.
- Nie świruj to nic takiego. - złapałam go za koszule i zbliżyłam do niego. Jednak w czas się zorientowałam że nasi znajomi też tu są.
- Opanuj się bo to Ty świrujesz. - uśmiechnął się. Wróciliśmy wszyscy na loże. Payne i Malik poszli po drinki, a my rozmawialiśmy jak najęci o tym co właśnie się stało.
- Co jest między Wami ? - zapytał mnie dyskretnie Niall.
- Miedzy kim ? - zaśmiałam się nerwowo.
- Tobą i Harrym. Od kiedy wy się nie kłócicie ? - spojrzał na mnie badawczo.
- Wiesz w końcu dorośliśmy. - odpowiedziała, a chłopak wybuchł śmiechem. Jednak widząc moją powagę natychmiast przestał.
- Ty tak na serio mówisz ?! Bo ja twierdzę że jednak coś jest między Wami. Ja to od początku wiedziałem że pasujecie do siebie idealnie. - powiedział i zanim zdążyłam coś powiedzieć poszedł do baru pomóc przynieść chłopakom shoty. Cholera czyżby to było aż tak widać że coś jest na rzeczy. Nie myśląc dłużej wypiłam trzy shoty pod rząd i zagryzłam limonką. Poczułam jak dreszcze przechodzą po całym moim ciele. Przydałoby się coś zjeść. Wstałam i bez słowa ruszyłam do baru.
- Poproszę tacę sushi na loże na piętrze. - złożyłam zamówienie i zapłaciłam za nie. Wróciłam na nasz balkon i usiadłam wygodnie na kanapie.
- Chciałabym wznieść toast za wspaniałą imprezę oraz za przystojnych Mężczyzn ... może się jeszcze tutaj pojawią. - powiedziała Andrea. Chłopcy oczywiście zaczęli buczeć i gwizdać.
- Nie no Panowie oczywiście żartuje. - zaśmiała się. Złapaliśmy wszyscy za alkohol i wypiliśmy toast.


~*~


Impreza nie potoczyła się tak jak sobie to wyobrażałam. Siedzę właśnie na komisariacie ze Stylesem i oczekujemy na przesłuchanie. Przetarłam twarz dłońmi i zobaczyłam na nich krew. Cholera wciąż leci mi z nosa. Wyjęłam z torebki chusteczkę i wytarłam sobie nos po czym spojrzałam na chłopaka. Złapałam go za podbródek, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Delikatnie wytarłam jego krew z wargi, a następnie z łuku brwiowego. Splotłam nasze ręce i zerknęłam na zegar na ścianie dochodziła 4 w nocy. Siedzimy tu już dobrą godzinę.
- Może damy znać reszcie pewnie się martwią. - chłopak wyciągnął telefon.
- Lepiej nie pewnie i tak już śpią, a poza tym zaraz zacznie się wypytywanie czemu jesteśmy razem i tym podobne. - powiedziałam opierając głowę o jego ramię.
- Libby Hathaway. Proszę do gabinetu. - spojrzałam nerwowo na Stylesa.
- Możemy iść razem ? - zapytał chłopak.
- Skoro to konieczne to zapraszam Państwa razem. - odpowiedział burkliwie policjant. Usiedliśmy przed biurkiem i daliśmy mu nasze dowody osobiste.
- Nazywa się Pani Libby Oliwia Hathaway czy to prawda ? - zapytał.
- Tak.
- Ma Pani 19 lat.
- Tak.
- Jest Pani blondynką o niebieskich oczach. - spojrzał na mnie przenikliwie.
- Pan tak na serio ? - zabrał głos Harry.
- Przepraszam ale czy ja Pana pytam ?! - oburzył się policjant.
- Nie bo nie jestem blondynką o niebieskich oczach. - odpowiedział, a ja prawie wybuchłam śmiechem.
- Proszę się zachowywać bo zamknę Pana na 24h i się skończy gwiazdorzenie. - powiedział wkurzony policjant.
- Nie ma za co Pan mnie wsadzić, a tym bardziej nie wiem po co nas tu trzymacie nic nie zrobiliśmy. - odparł podniesionym głosem chłopak.
- Zostali Państwo oskarżenie o pobicie więc proszę się uspokoić. - policjant walnął ręką o biurko.
- Przepraszam, ale czy ja według Pana wyglądam na osobę która byłaby wstanie pobić tamtego faceta. - spojrzałam na niego jak na idiotę.
- Nie ale Pani towarzysz owszem. - odpowiedział.
- No to są jakieś jaja czemu nikt nam nie wierzy tylko temu facetowi ?! - krzyknął Harry.
- Ale proszę się nie unosić. Widzieliśmy Pana który was oskarżył i to że musieli go zabrać do szpitala mówi samo za siebie. - powiedział policjant. No ja tu zwariuje.
- Nie moja wina że nie umie mierzyć sił na zamiary. A poza tym co za facet uderza dziewczynę ?! - mówił coraz bardziej wkurzony Harry.
- Nie jeste tu od oceniania jego postępowania, a teraz powróćmy do przesłuchania. Czy może mi Pani opisać co się zdarzyło pod klubem. - spojrzał na mnie i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć uciszył mnie ręką i odebrał telefon. Zaczął coś notować i wyraźnie się zdenerwował. Krzyknął do słuchawki że są bandą debili i zakończył rozmowę.
- Przepraszam, ale dopiero dotarł do nas film z monitoringu i nasi technicy ustalili że zostali Państwo zaatakowani, a nie tak jak nam zeznano że to Państwo zaatakowali. Działali Państwo w obronie własnej. Proszę mi wybaczyć. Są Państwo wolni. - powiedział opanowując złość.
- Idioci. - szepnął Hazz zanim zdążyliśmy wyjść z gabinetu.
- Przeprasza ma Pan coś jeszcze do powiedzenia ? - krzyknął za nami policjant.
- Nie nie nic nie mówił dziękujemy. - wypchnęłam chłopaka z gabinetu i czym prędzej zamknęłam za nami drzwi.
- Czy Ty zawsze musisz jeszcze coś powiedzieć na koniec. - spojrzałam na Harry'ego.
- No co bezkarnie nas oskarżyli teraz to ja mogę ich zaskarżyć ! - krzyknął.
- Nikogo nie będziesz zaskarżał uspokój się Haroldzie. - zatkałam mu ręką usta.
- Auć. To boli. - wymamrotał.
- Oops. Wybacz. - zabrałam dłoń z jego ust.
- Wkurzył mnie ten policjant. - chłopak był wciąż nabuzowany.
- To była ciężka noc jedźmy o domu. - powiedziałam.
-  Do mnie czy do Ciebie ? - zapytał zabawnie poruszając brwiami. Od razu można było zauważyć zmianę humoru u chłopaka.
- Do Ciebie. - wyjęłam telefon i zadzwoniłam po taxi. Czułam jak nogi pulsują mi z bólu. Ale szpilki wciąż prezentowały się bosko. Po nie długiej chwili przyjechał nasz transport. Jak tylko wsiedliśmy zdjęłam buty i poczułam ulgę. Harry obudził mnie jak byliśmy pod jego willą. Zapłacił za taxi i poszliśmy do domu.
- Liv idź na górę ja zaraz przyjdę. - powiedział i poszedł do kuchni. Udałam się do sypialni. Zdjęłam sukienkę i poszłam wziąć szybki prysznic. Zmyłam makijaż i dopiero zobaczyłam opuchliznę w okolicy nosa mam nadzieję że szybko zejdzie. Ubrałam na siebie koszulkę Harry'ego i przepłukałam buzię bo wciąż czułam smak alkoholu. Jak wyszłam z łazienki chłopak czekał na mnie z tacą na której miał sok i jakieś przekąski. Położyliśmy się i włączyliśmy film.
- Kładź się bo już ledwo na oczy patrzysz. - chłopak zaczesał kosmyk moich włosów za ucho.
- A przytulisz mnie ? - zapytałam.
- Zawsze. - mogłabym tak zasypiać codziennie. Dlaczego czuję że to takie właściwe, a zarazem niestosowne.
- Słodkich snów Liv. - dostałam buziaka na dobranoc i zasnęłam tak szczęśliwa jak dawno nie byłam.

__________________________________
I znów cukier, cukier, cukier. No nic może w końcu stanie się coś niespodziewanego. Liczę na waszą inwencję co do dalszego rozwinięcia się sytuacji i proszę napiszcie co sądzicie o rozdziale. Buziaczki.
Ps. Z góry przepraszam jak są jakieś błędy.