sobota, 13 lutego 2016

Rozdział 28

   Perspektywa Scarlett
 Niedziela, 13 kwiecień

 Wszystko zaczęło się walić. Libby od wczorajszej kłótni z Zaynem nie wychodziła z pokoju, a Ann wręcz przeciwnie. Gdzieś ją wcięło. Wychodziła z samego rana, odpowiadała na sms'y po dłuższym czasie i wracała w okolicy północy.
  Usiadłam na kanapie, a obok mnie spoczął Alex. Był zdecydowanie zbyt cichy jak na tak wielkiego psa. Nie wspominając, że w naszym sporym domu bardzo często można było go zgubić. Na przykład wczoraj. Kto by pomyślał, że taki dryblas wczołgał się pod wannę i tam spędził całą naszą imprezkę smacznie sobie pochrapując?
  - Grzeczny psiak. - Mruknęłam z uśmiechem, drapiąc go po głowie. Ten od razu nachylił się, otwierając pysk w taki sposób, jakby się szczerzył. I niech ktoś mi powie, że nie jest uroczy...
  - Puk puk? - Podniosłam wzrok, a widząc Zayna zmarszczyłam brwi. - Jest Libby?
  - Wyjdź. - Odparłam surowo, ku jego zaskoczeniu. Chyba naprawdę nie wiedział o co chodzi... albo przynajmniej się tego nie spodziewał. Mimo, że zawsze byłam dość ugodowa, w miarę miła i poukładana dzisiaj nie miałam ani krzty humoru.
  - Co? - Spytał niepewnie, drapiąc się po głowie. - Scar, co cię ugryzło?
  - Zaraz to ciebie ugryzie. - Mruknęłam, przestając drapać psa. - Alex. Bierz go. - Zaraz po moim rozkazie owczarek niemiecki zeskoczył z kanapy, zaczynając powarkiwać. Reakcja Zayna była natychmiastowa.
  - Okej, okej. Kumam. Sorry za najście. - Burknął, wycofując się i wychodząc z domu.
  - Spocznij. - Po tej komendzie Alex ułożył się wygodnie, tym razem na podłodze. Przymknęłam oczy, wypuszczając ciężko powietrze. - Wiesz, trochę tęsknię za polską. - Mruknęłam, przecierając wierzchem dłoni oczy.
 W wieku dziesięciu lat przeprowadziłam się do Miami ze względu na pracę moich rodziców. W sumie im to jak najbardziej odpowiadało. Zwłaszcza ojcu, którego była to stolica. Matka też była jak najbardziej za. W końcu po mimo polskich korzeni to tu poznała ojca. Potem jej sytuacja rodzinna zmusiła ją do powrotu, akurat gdy była ze mną w ciąży... potem wszystko dość szybko się potoczyło... ja z czasem straciłam cały mój "patriotyzm" i nie czułam już z polską żadnych więzi. W wieku czternastu lat zaprzestałam nawet jeżdżenia do niej...
  - A teraz Cris znowu chce mnie gdzieś wysłać, mimo, że rzuciłam pracę. - Prychnęłam pod nosem, wspominając mojego szefa. Pracowałam z nim bodajże tylko dwa lata, podczas których zawsze traktował mnie jak maskotkę komendy. To on mnie zachęcił do tego, abym wstąpiła do niego na służbę. A posadzkę komisarza miał jedynie dlatego, że zaraz po skończeniu studiów jego ojczulek mu ją załatwił... nie, żeby nie był dobry, czy coś. Był jednym z najbardziej szanowanych i pracowitych ludzi na oddziale kryminalnym. No i był moim przyjacielem z dzieciństwa. Poznałam go, gdy zaraz po przeprowadzce zgubiłam się w tym wielkim mieście. Gdyby nie on nie wiem jakby się to skończyło...
 Słysząc pukanie do drzwi niechętnie podniosłam się z kanapy. Zaraz po ich otworzeniu ujrzałam trójkę kumpli z mojej byłej pracy. Katie, Mathiasa oraz Martina. Uniosłam w zdumieniu brwi.
  - Co wy tu robicie? - Spytałam na wstępie, bez żadnego powitania.
  - Ciebie też miło widzieć, Greemetree. - Blondynka prychnęła, opierając dłoń o swoje biodro. - Może byś nas tak wpuściła? - Dodała po chwili, sprawiając, że mój humor uległ jeszcze drastyczniejszemu spadkowi.
  - Prosz. - Westchnęłam, cofając się i wpuszczając ich do środka.
  - Dawnośmy się nie widzieli, Kochanie. - Uśmiech Martina nieco podniósł mnie na duchu. Mathias, jak to miał w zwyczaju, nic nie mówiąc skinął głową na przywitanie. Odwzajemniłam ten gest, udając się za nimi do salonu.
  - Więc? Po co tu przyszliście? - Spytałam, siadając na fotelu naprzeciw kanapy.
  - Zobaczyć się z tobą. Stęskniłem się. - Martin po raz kolejny się wyszczerzył, a na mojej buzi pierwszy raz od dzisiejszego poranka zakwitł uśmiech.
  - A tak serio? - Założyłam nogę na nogę.
  - Mamy problem. Cris się rozchorował i nie może dalej poprowadzić śledztwa dotyczącego dilera w zachodniej części miasta. - Odparła Katie, opierając się wygodniej o oparcie kanapy.
  - W czym problem? Ty i Mathias wyruszycie tam za niego. - Wzruszyłam ramionami, na co Katie zaprzeczyła od razu głową.
  - Mathias nie może. - Spojrzała na niego, a ten niechętnie uniósł bluzę ku górze. Wokół żeber miał ciasno zawiązany bandaż. - Dwa dni temu został nakryty na imprezie, kiedy próbował złapać tego całego dilera. Jeden z jego kumpli miał nóż. Nie dość, że tamci rozpoznali by go na kilometr, bo sorry, ale co druga osoba w tym mieście nie jest albinosem, to jeszcze mogłoby mu się coś stać. - Wyjaśniła całą sytuację, wzrokiem powracając do mnie.
  - To pójdziesz tylko ty i Martin. W czym problem?
  - A w tym, że odkąd wyczaili, że są śledzeni podwoili "straże". W dwójkę nie damy sobie rady z bandą mięśniaków, nawet z zaskoczenia. - Westchnęła, przewracając oczami.
  - Czyli mam wrócić na służbę?
  - Nie tyle wrócić, co pomóc nam tym razem. Dostaniesz za to zapłatę. I może przypomnisz sobie dlaczego zgodziłaś się pracować w naszym wydziale. - Mruknęła, a jej kąciki ust nieznacznie się uniosły. Westchnęłam.
  - Kiedy macie zamiar ich złapać?
  - Dzisiaj o 21. Są w opuszczonej fabryce odzieżowej na Whiteman Street. - Tym razem to Martin zabrał głos.
  - Dajcie mi czas do 19, dobra? - Spytałam, a widząc niepewność wymalowaną na ich twarzach po raz kolejny westchnęłam. - Naprawdę chciałam się teraz skupić na nauce i moim własnym życiu... zwłaszcza po tym co zaoferował mi Cris... dajcie mi czas do namysłu. Proszę...
 Po moich słowach przytaknęli głowami jak na komendę. Zostali u nas jeszcze godzinę. Zrobiłam im herbaty, wyjedliśmy ciastka. Po mimo, że Katie była osobą o temperamencie zołzy, a Mathias niemalże nigdy się nie odzywał, było dość przyjemnie. Przypomniały mi się czasy, gdy jeszcze razem pracowaliśmy. Dowiedziałam się, że Cris zaczął umawiać się z naszą sekretarką Shaylen, która od dawna mu się podobała... poplotkowaliśmy, wymieniliśmy się informacjami... może nie mogłam ich nazwać moimi najlepszymi przyjaciółmi, tak jak Andrea czy Libby, jednak zdecydowanie byli dla mnie ważnym wsparciem.
  Gdy tylko opuścili dom, oparłam się plecami o drzwi. Znowu ta rozterka...bałam się pójścia z nimi na misję. Bałam się tej adrenaliny, którą tak kochałam przy niebezpieczniejszych zadaniach. Bałam się znowu im zaufać. Bałam się, że potem znowu przez to do tego wrócę...
 Po raz kolejny dzisiejszego dnia rozległo się pukanie. Odwróciłam się, odklejając plecy od drzwi, które otworzyłam.
  - Niall? - Spytałam z niemałym zaskoczeniem, przyglądając się zarumienionej twarzy blondyna. Ubrany w niebieską, nieco wymiętą koszulę był... niesamowicie słodki.
  - O... um... e... em... Scar... bo... t~ ten... o, jaka ładna dzisiaj pogoda... - Zaczął widocznie zawstydzony, przez co parsknęłam śmiechem. Ten chwilę patrzył się na mnie zszokowany, po czym zawtórował mi śmiechem. Tym razem już nie był taki spięty. - Wyglądasz dzisiaj naprawdę uroczo. - Powiedział po chwili, na co zaczesałam nieśmiało kosmyki włosów za ucho.
  - Dziękuję... ty też wyglądasz niczego sobie. - Odpowiedziałam mu.
  - Masz na dzisiaj jakieś plany? Chciałem cię zabrać w jedno miejsce... - Odparł niezwykle uradowany, na co zmarszczyłam brwi. Zapowiadało się ciekawie.

***

Jechaliśmy słuchając radia między uliczkami. Niall opuścił dach swojego auta, a wiatr rozwiał nasze włosy. Spojrzałam na blondyna... jego uśmiech na tle promieni słonecznych wyglądał jeszcze lepiej niż zwykle. I w sumie na przyglądaniu mu się minęła mi niemalże cała droga. Z reguły, gdy z nim gdzieś jechałam puszczał muzykę na fula, jednak nie tym razem.
  - Wesołe Miasteczko? - Spytałam zaskoczona, spoglądając na tłum ludzi gromadzący się przed wejściem. W tym czasie blondyn zdążył obejść auto, otwierając mi drzwi niczym najprawdziwszy dżentelmen.
  - Mhm! Już od jakiegoś czasu chciałem tu z tobą przyjść na randkę, a dzisiaj nadarzyła się okazja więc... - Zaczął mówić z uśmiechem, po czym zdał sobie sprawę z własnych słów i spalił buraka. Ja również się zarumieniłam. Z tym, że w przeciwieństwie do niego parsknęłam cicho pod nosem.
  - Jesteś niesamowicie uroczy. - Mruknęłam, wychodząc z auta i kładąc dłoń na jego policzku. Jego niebieskie oczy automatycznie się na mnie skierowały... wydawały się wręcz błyszczeć. Lekko pochylił się ku mnie, już przymykając oczy, gdy nagle... zadzwonił mój telefon.
  - Wybacz, to Cris... mój były szef, muszę odebrać. - Westchnęłam, odsuwając się od zawiedzionego chłopaka. Szybkim ruchem palca odebrałam telefon, przykładając go do ucha. - Czego.
  - Oj oj oj... co tak ostro, Księżniczko? - Słysząc cmokanie z jego strony aż powieka mi zadrgała z podirytowania.
  - Mówię serio, czego chcesz? Jestem zajęta... - Jęknęłam przybita, nieco odsuwając się na bok, by Niall tego nie usłyszał. - Właśnie miałam okazję pocałować super uroczego gościa, a ty mi ją zniszczyłeś...
  - Martin będzie zazdrosny, gdy o tym usłyszy. - Zaśmiał się, na co ja spojrzałam w niebo. Po dwudziestu sekundach mojego milczenia w końcu załapał, że ma przejść do sedna. - Martin, Katie i Mathias byli dzisiaj rano u ciebie i przekazali ci wszystko, tak?
  - Mhm. - Przytaknęłam zgodnie z prawdą.
  - Więc jak? Możemy na ciebie liczyć?
  - Mam randkę.
  - To nie jest odpowiedź na moje pytanie.
  - Nie, to ostrzeżenie, że jeśli jeszcze raz mi przerwiesz i do mnie zadzwonisz lub też wyślesz sms'a to osobiście wyrwę ci język i powieszę przy wejściu na komisariat jako przestrogę.
 Zaraz po tych słowach wcisnęłam czerwony guzik, wyciszając telefon i wkładając go do kieszeni. Gdy wróciłam do Nialla ten siedział na masce samochodu wpatrzony w niebo.
  - Widzę królika na rolkach. - Stwierdziłam, wskazując biały obłok. Blondyn spojrzał na mnie zaskoczony, po czym wzrok przeniósł na miejsce, które pokazywałam. Po chwili parsknął śmiechem.
  - Faktycznie. A zaraz obok niego jest ośmiornica pchająca wózek z reniferem w środku. - Zauważył. Powędrowałam za nim spojrzeniem, po czym przytaknęłam z wyszczerzem.
  - A tam ptak trzymający szponami psa stojącego na piłce. - Odparłam z przekonaniem.
  - Ja tam raczę widzę Harry'ego jedzącego spaghetti. - Skrzyżował ręce pod klatką piersiową z zastanowieniem, po czym oboje wybuchliśmy śmiechem. Nasza głupawka trwała dobre parę minut, po czym wreszcie udało nam się jakoś ogarnąć.
  - To idziemy kupić bilety? - Spytałam, ocierając łezkę z kącika oka.
  - Właściwie to.. - Uśmiechnął się szeroko, wyciągając z kieszeni bilety.
  - Kiedy ty to...?
  - Już tydzień temu. - Odparł, łapiąc mnie za rękę, po czym pociągnął mnie w stronę drugiego wejścia.
 Na samym początku poszliśmy się przejechać na młocie. Nie był to jednak najlepszy pomysł... jak się okazało Niall po mimo tego, że może zjeść wszystko ma delikatny żołądek. Następnie poleźliśmy na karuzelę dla dzieci. Ja usiadłam na normalnym koniu, natomiast blondyn uparł się, że chce jednorożca. I dokonał swego. Później zjedliśmy hot dog'i. Niall wziął też sobie watę cukrową. I ciasto. I naleśnika. I gofra. I lody. I popcorn. I jakieś dziwne kulki truflowe. I banana w czekoladzie. I truskawki w czekoladzie. I winogrona w czekoladzie, z tym, że tym razem w białej. Ogólnie całkiem sporo zeżarł. Aż w końcu zaczęło się nieco ściemniać.
  - Powiem ci, że nawet z głową większą od ciała wyglądałaś zabójczo. - Zaśmiał się Niall, wychodząc z pokoju krzywych zwierciadeł.
  - Dzięki. Twoja wersja ze stopami większymi od samego ciebie też była całkiem całkiem. - Wyszczerzyłam się, rozglądając do okoła. - To gdzie teraz?
  - Hm... Diabelski Młyn? - Spytał, a gdy ja ochoczo przytaknęłam głową ten złapał mnie za rękę i zaprowadził w wybranym wcześniej kierunku.
 Chwilę staliśmy w kolejce, aż w końcu udało nam się wejść do jednego z wagoników. Usiadłam naprzeciw chłopaka, "przyklejając" się do szyby, gdy tylko maszyna ruszyła. Stąd cudownie było widać zachód słońca.
  - Piękne... - Szepnął, na co ja przytaknęłam głową.
  - To prawda, piękne. - Uśmiechnęłam się, dalej wpatrzona w niezwykły krajobraz.
  - Przepiękne...
  - Mhm, przepiękne. - Zaśmiałam się na jego reakcję, odwracając głowę w jego stronę. I dopiero teraz zauważyłam, że to nie zachodowi słońcu się przypatrywał... a mi.
  - A... ano... b~bo... t~to znaczy... j~ja... nie, że~żeby coś... o... jaki ładny widok... - Odwrócił się cały czerwony w stronę okna, wpatrując się z lekkim zażenowaniem w słońce. Ja w tym czasie uniosłam brew rozbawiona jego reakcją, wstając i siadając obok niego. Mimo to dopiero, gdy położyłam swoją dłoń na jego ten na mnie spojrzał i spalił większego buraka. - Ch~ch~chciałem ci to powiedzieć już jakiś czas temu... ja... znaczy ty... ty mi się... - Zaczął i w tym momencie przerwał nam dźwięk telefonu. Znowu. Z tym, że tym razem nie mojego, a jego. Westchnęłam ciężko, gdy przeprosił i odebrał. Podczas rozmowy wyglądał na nieźle poddenerwowanego, aż w końcu ze zrezygnowaniem się pożegnał i rozłączył.
  - Co się stało? - Spytałam nieco zaskoczona.
  - Okazało się, że odwołali mój występ w klubie. Miałem tam zaśpiewać... eh, specjalnie ze względu na ten występ zrezygnowałem z wyjazdu z rodziną. Tak rzadko się widujemy... - Zaczesał włosy do tyłu.
  - Więc czemu zrezygnowałeś z wyjazdu, skoro był dla ciebie ważny? - Zmarszczyłam brwi.
  - Hm? Jak to czemu? Ponieważ to lubię. - Odparł, po czym się uśmiechnął. - Przecież z rodziną tak czy tak będę miał okazję się spotkać... a taki występ to zawsze jakaś szansa dla mnie. Nawet, jeśli muszę z czegoś zrezygnować to... chyba i tak warto, prawda? Zwłaszcza, jeśli naprawdę się to kocha...  - Rzucił, przyglądając mi się. I w tym momencie w mojej głowie po raz pierwszy od dawna zapanowała pustka. Myśli mi się już nie kłębiły. Nie byłam zmęczona czy załamana, bo nie wiedziałam co robić. Wszystko nagle się rozjaśniło. Słowa Nialla... miał rację. Czemu nie robić tego co się lubi...? - Swoją drogą ostatnio byłaś taka przybita... coś się sta...? - Zaczął, jednak nie dałam mu dokończyć. Wstałam z miejsca, gdy tylko wagon się zatrzymał na dole i wybiegłam z niego. Blondyn oczywiście od razu poleciał za mną.
  - Czekaj! Powiedziałem coś nie tak?! - Krzyknął jakby zrozpaczony.
  - Nie! Wybacz, mam coś pilnego do zrobienia...! - Odparłam nieco zestresowana, zatrzymując się i odwracając w jego stronę. - Naprawdę przepraszam. Dokończymy tę rozmowę innym razem, dobrze? Dzięki tobie zdałam sobie z czegoś sprawę i teraz muszę... - Nie dokończyłam. Blondyn rzucił mi kluczyki od swojego auta z delikatnym uśmiechem. Gdy je złapałam spojrzałam na nie, a następnie na chłopaka.
  - Jutro mi wszystko wyjaśnisz jak pójdziemy na kawę. I nie rozwal tego grata. - Uśmiechnął się, a mi łzy podeszły do oczu. Przytaknęłam, zaciskając palce na kluczu, po czym podbiegłam do blondyna i stanęłam na palcach, by mój zrównać jego twarz ze swoją. Przymknęłam oczy z rumieńcami na policzkach, nachylając się nad nim i nagle... mój telefon.
  - Pierdzielę... - Westchnęłam, po czym cmoknęłam jedynie chłopaka w policzek i ruszyłam pędem w stronę parkingu. Chwilę później już siedziałam w aucie w drodze do starego magazynu. Była 18:58, gdy zadzwoniłam do Crisa. - Hej, Szefuńciu. Biorę tę robotę. - Odparłam, po czym rozłączyłam się i włączyłam radio. Przed oczami dalej miałam zarumienioną twarz chłopaka... zagryzłam lekko dolną wargę, starając się uspokoić zbyt szybkie bicie serca, które wcale nie było spowodowane myślą o kolejnej "misji"...
***
W KOŃCU SKOŃCZYŁAM!
Przepraszam wszystkich za aż taką zwłokę. Serio, nie spodziewałam się, że napisanie tego zajmie mi aż tyle... jestem beznadziejna. T^T Mam nadzieję, że teraz jakoś będzie mi to wszystko szło z górki, nie chcę ograniczać ani dziewczyn, ani rozwoju naszego bloga. Naprawdę bardzo przepraszam!
Mam nadzieję, że rozdział, po mimo długości wam się choć odrobinkę spodoba ;-; 
Chcę powiedzieć, że na 50% wracam do pisania tutaj i najpewniej już zostanę razem ze Scar! <3
Chyba. xD Następna będzie Alex!
Ciao~! <3