Oczami Andrei:
Louis od jakiegoś czasu zachowywał się hm, nie wiem jak to
najprościej ująć… dziwnie? Miałam nawet wrażenie, że mnie unika. Zawsze kiedy
odwiedzałam jego i Jace’a wykręcał się mówiąc, że ma jakieś bardzo ważne
spotkanie, albo jest zajęty i zamykał się w swoim pokoju. Zaczęłam nawet
myśleć, że jest na mnie zły. Ale o co miałby być zły? Przecież wszyscy mnie
uwielbiają! Ok, przesadziłam, w zasadzie to większość ludzi się mnie boi. Ale z
Lou zawsze miałam dobry kontakt, dlatego tym bardziej nie rozumiałam co mogło
się stać. Postanowiłam więc zapytać o to Jace’a. Mieszka z nim, więc zna go
najlepiej. Może powiedział mu coś mimochodem?
Zadzwoniłam więc dzwonkiem do drzwi i czekałam, aż mój brat
postanowi podejść do drzwi i otworzyć, a znając go to może trochę zająć, więc
wyjęłam z torebki telefon i sprawdziłam na szybko twittera.
Co? Tylko dwadzieścia powiadomień? A, zapomniałam. Nie
napisałam nic nowego od czterech dni. Uff, a już się bałam.
- An? – byłam tak zajęta sprawdzaniem mojego konta na
portalu, że nie usłyszałam jak ktoś otworzył drzwi. Dopiero kiedy padło moje
imię ocknęłam się i spojrzałam na niego.
- Louis? – zapytałam zaskoczona. Przecież miało go nie być w
domu! Cholera jasna. Jace to podły kłamczuch.
- Co ty tu robisz?
Jednak ja zamiast odpowiedzieć na jego pytanie spytałam:
- Nie miałeś czasem być na jodze?
- Co? Jakiej jodze? Nie chodzę na jogę. – odpowiedział
zdziwiony. Zmrużyłam gniewnie oczy. Jace, zabije cię.
- No cóż, myślałam, że nie ma cię w domu. – zdążyłam
powiedzieć zanim ugryzłam się w język.
- To dlatego przyszłaś? – domyślił się. Kiwnęłam głową. Czy
ja jestem nienormalna? Co jest ze mną nie tak? Zebrało mi się cholera jasna na
szczerość. Babcia zawsze mnie uczyła, żeby kłamać ile wlezie. A jak ktoś
przyłapie nas na kłamstwie to nadal brnąć w to. I kłamać nawet w żywe. Dlaczego
nie stosuje się do rad babuni? – Okej, rozumiem. – spuścił głowę, patrząc teraz
na swoje buty. Naprawdę nie wiedziałam, co mam teraz zrobić. Pójść sobie? Ale
nadal muszę porozmawiać z Jace’em.
W tym momencie usłyszałam jak ktoś szybko zbiega po
schodach, a zaraz potem zobaczyłam obok Louisa, mojego kochanego braciszka.
- An! Już jesteś? Tak szybko? Wybacz, zasiedziałem się w
pokoju. – powiedział dysząc. Jezu, on ma naprawdę słabą kondycję. Przecież
tylko zbiegl po schodach. Ale w sumie, odkąd zaczął chodzić do szkoły przekupywał
inne matki, żeby pisały mu zwolnienia z wf. Jedna okazała się być lekarzem,
więc kiedy hojnie jej zapłacił dostał zwolnienie na cały rok. Szczęściarz.
- Nie kłam. Znowu pisałeś na tinderze z jakimś kolesiem,
prawda? – spojrzałam na niego podejrzliwie.
- Nie prawda! – oburzył się.
- Serio? – zdziwiłam się.
- Dobra, to prawda. – przyznał. – Chodź za mną. – pociągnął
mnie za rękę i poszliśmy na górę pozostawiając osłupiałego Louisa w progu.
*
- Więc cóż się stało kochana siostrzyczko? – zapytał Jace
zamykając za mną drzwi. Spojrzałam na niego mrużąc oczy, miałam wielką ochotę
mu wygarnąć, ponieważ przez niego zrobiłam przykrość Louisowi. Naprawdę nigdy
tak nie zachowuje się przy ludziach i zawsze wiem co powiedzieć, a jednak przy
nim jest jakoś inaczej.
- Louis mnie unika. – powiedziałam w końcu siadając na
brzegu jego łóżka.
- I naprawdę dziwisz mu się? – zmierzył mnie wzrokiem. –
Okej, żartuje. – uniósł obie ręce w obronnym geście, widząc moją minę.
- Wiesz może co jest tego powodem? Mówił ci coś?
Jace zastanowił się, albo udał, ze to robi.
- Właściwie to nie, nie rozmawiamy za wiele, odkąd… - urwał
raptownie.
- Odkąd co? No wykrztuś to z siebie. – próbowałam go
ponaglić, ponieważ naprawdę zleżało mi na każdej informacji.
- Odkąd mnie przyłapał. – wyrzucił z siebie ciężko
wzdychając.
- Przyłapał na czym? – spojrzałam na niego pytająco.
- Na oglądaniu pewnych filmików. Sama domyśl się jakich
jesteś już duża.
- O mój boże. Nie chce tego słuchać. – powiedziałam
zatykając sobie uszy. – Dlaczego mi w ogóle o tym powiedziałeś? Nie mówi się
siostrom o takich sprawach!
- Sama nalegałaś! – oburzył się.
- Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam o co chodzi. Powinieneś
skłamać. Ludzie zawsze kłamią. – stwierdziłam zakładając teraz ręce na klatkę
piersiową.
- Ciesz się, że nie wszedłem w szczegóły, ponieważ Louis
widział w s z y s t k o.
Popatrzyłam na niego zdegustowana. Czy on ma jakieś
problemy? Może w dzieciństwie miał jakiś uraz?
- Żartujesz sobie Jace?
- Okej masz rację, skończmy ten temat. – odpowiedział. –
Więc martwisz się bo Louis cię unika, tak?
- Tak. – potwierdziłam. – Zawsze dobrze się dogadywaliśmy, a
od jakiegoś czasu on zachowuje się… naprawdę dziwnie. I nie mam pojęcia co jest
tego przyczyną. Może już mnie nie lubi? Albo, co bardziej prawdopodobne ma
dosyć mieszkania z tobą i nie wie jak mi o tym powiedzieć.
Jace zmarszczył brwi, a zaraz potem wyglądał jak ktoś kto
nagle wpadł na genialny pomysł.
- Masz rację. Ma dosyć mieszkania, ale nie ze mną tylko z
naszą matką. I na pewno nie wie jak ma ci o tym powiedzieć! – klasnął w dłonie
zadowolony, że na to wpadł. – Jestem geniuszem.
- Czyli mówisz mi, że to moja matka jest problemem?
- Tak, tak właśnie uważam.
- To najlepszy dzień mojego życia. – powiedziałam uradowana.
– Pierwszy raz to ona jest problemem, a nie ja.
- Dlatego musimy się jej pozbyć. – powiedział.
- A ja już chyba wiem jak. Okej, dzięki Jace! – wstałam z
jego łóżka i pobiegłam w stronę wyjścia pozostawiając go osłupiałego w swoim
pokoju.
*
Siedzieliśmy z Liv i Scar z maseczkami na twarzy, popijając
wino, przygryzając do niego jakieś niezdrowe przekąski i oglądając program
„kawaler do wzięcia”. W skrócie: to najgłupszy program jaki oglądałam, polegający
na tym, ze mężczyzna wybiera wśród kilku kandydatek tą jedyną. Oczywiście w
programie nie zabrakło rywalizacji, podstawiania sobie nóg przez konkurentki i
obgadywania za plecami.
- Crystal zdecydowanie wyszło na dobre zmiana fryzury z
brązu na blond. – powiedziała Liv siedząc na dywanie i upijając kolejny łyk
wina.
- Niee, mnie się podobała zdecydowanie bardziej
wcześniejsza. – stwierdziła Scarlett.
- Ale zobacz jak James na teraz nią patrzy! – zwróciła uwagę
wskazując na mężczyznę, który rzeczywiście wyglądał jakby był pod wrażeniem.
- Myślę, że powinien zwrócić uwagę na jej osobowość, a nie
na to jaką ma fryzurę. – powiedziała Scar. – Zresztą, w tym programie nikt nie
patrzy na osobowość bądźmy szczerzy. – dodała biorąc do ręki chipsa.
- I tak uważam, że Sarah do niego najbardziej pasuje. –
powiedziałam nalewając kolejny kieliszek.
- Czuje, że Sarah wyleci w tym odcinku. Moje przeczucia
jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. – powiedziała Liv.
- O ile zakład? – zapytałam.
- O tysiąc dolarów! – odpowiedziała rozpromienionym głosem
Liv.
- Serio? – odezwała się Scar.
- Oczywiście, że żartuje. Ta która przegra stawia wino na
następne trzy odcinki kawalera.
- Zgoda. – uśmiechnęłam się i uścisnęłam sobie z Libby dłoń.
- O nie. – w tym momencie o czymś sobie przypomniałam.
Dziewczyny spojrzały na mnie pytająco. – Muszę zadzwonić do ojca. Niech zabiera
swoją żonę z domu Louisa. Już za długo się tam panoszy.
- A co znowu zrobiła? – zachichotała Scar.
- Czuje, że Louis mnie unika z jej winy. Nie chce mi
powiedzieć, że ma już jej dosyć i ma się wyprowadzić. A nawet jeśli to nie z
tego powodu mnie unika to i tak już najwyższy czas. – stwierdziłam.
- Louis cię unika? – Liv wyglądała na szczerze zaskoczoną.
- A coś wiesz na ten temat? – spojrzałam na nią
podejrzliwie.
- Nie, nie skądże. W ogóle muszę wam o czymś dziewczyny
powiedzieć… - zaczęła biorąc głęboki oddech. – Chodzi o to, że ostatnio ja i
Harry… - urwała, ponieważ jej przerwałam:
- Styles? – upewniłam się.
- Nie, Potter. Oczywiście, że Styles. A więc ja i Harry…
Styles – tutaj spojrzała na mnie kątem oka. – Przespaliśmy się ze sobą. –
dokończyła, a my obie ze Scar jednocześnie powiedziałyśmy „Co??” Oczywiście, że
Liv i Harry do siebie pasowali. Zawsze tak uważałyśmy, ale co innego snuć
domysły, a co innego usłyszeć, że rzeczywiście tak jest. – Czuje, że to coś
innego niż z Zaynem. Z nim nawet nie spałam.
- Wow, nie wiem co powiedzieć. – wydukałam. – Ale co z
Zaynem? Tak starał się do ciebie wrócić.
- Myślałam, że Zayn mnie zdradził, choć później wyszło, że
ostatecznie tego nie zrobił. No i tak jakoś sprawy się potoczyły. – westchnęła.
– Czuje się w tym wszystkim zagubiona. Oczywiście lubię Harry’ego, nawet
bardzo. Zależy mi na nim, ale nie wiem co mam robić. Dotąd jedyne nasze rozmowy
to były kłótnie, a teraz… teraz jest inaczej. Dochodzi do tego jeszcze oczywiście
sprawa z Zaynem, która wszystko komplikuje dodatkowo.
- A czy Harry’emu też na tobie zależy? – zapytała Scarlett.
- Tak, tak myślę.
- Więc uważam, że jak dwóm osobom na sobie zależy to prędzej
czy później dojdą do porozumienia. A wszystko ułoży się z czasem. Nie ma co
popędzać spraw. – powiedziała Scar inaczej ciocia dobra rada.
- A Zayn jakoś to przeboleje. – machnęłam ręką. - No
przynajmniej będzie musiał. Masz szczęście, że nie jest tak porąbany jak Peter.
Boże, ile ja musiałam się z nim użerać. – powiedziałam kręcąc głową. Dzięki
Bogu, że mam go już za sobą. Tyle lat na niego zmarnowałam. Tyle okazji
straciłam. Mnóstwo fajniejszych i bardziej wartościowych chłopaków chciało się
ze mną umówić przez ten czas, a ja ich zbywałam bo byłam wierna Peterowi
podczas gdy on zrobił mi takie świństwo. No ale co było a nie jest wiadomo.
- Nie, Zayn jest normalny. No przynajmniej mam nadzieje. –
Liv roześmiała się. – Dzięki dziewczyny, ta rozmowa naprawdę mi pomogła.
- Od tego jesteśmy. – powiedziałam i razem ze Scar
podeszliśmy do Libby i mocno ją przytuliłyśmy.
- Ciocie Scar i An zawsze do usług. – zachichotałam.
*
Następnego dnia z samego rana postanowiłam zadzwonić do
mojego ojca i powiedzieć mu o mamie. Naprawdę nie mam pojęcia co ta kobieta
sobie uważa. Żeby wprowadzać się do domu kolegi swojego syna mając tyle kasy na
koncie? Spokojnie wynajęłaby sobie hotel. Co się z nią dzieje? To na pewno z
powodu wolnego czasu. Ma go zdecydowanie za wiele i bije jej na mózg.
- An? – spytał zaskoczony tata odbierając telefon za drugim
razem (cud, że w ogóle go odebrał).
- Zabieraj swoją żonę do domu. Już. – powiedziałam bez
zbędnego owijania w bawełnę.
- A gdzie „witaj kochany ojcze, co u ciebie słychać?”
- Witaj kochany ojcze co u ciebie słychać?
- Właśnie zadzwoniła do mnie moja córka każąc mi zabrać
własną żonę do domu, a co u ciebie?
Przewróciłam oczami.
- Tato, to nie jest śmieszne. Zamieszkała w domu mojego
przyjaciela, a już nie mówiąc, że wysłała mnie i Jace’a na terapie! Och, a nie
wspomnę o tym jak zaprosiła swoje koleżanki na joge do jego domu! To nie jest
normalne. Zrób coś z tym.
- Mam masę pracy. Nie mogę przyjechać.
Westchnęłam. Praca to wymówka taty, żeby nie wikłać się w
nasze rodzinne problemy. Kiedyś mu wierzyłam, teraz dorosłam i przestałam.
- Ale chyba znajdziesz parę godzin, prawda? Poza tym praca
nie zając nie ucieknie. Prowadzisz własną firmę nie musisz być w pracy non
stop.
- To naprawdę takie konieczne? – jest! Udało się. Tata
przyjedzie.
- Tak! – krzyknęłam. – Tak między nami Jace ostatnio mi
opowiadał jak śliniła się do Louisa, chłopaka z którym mieszka po tym jak
widziała go w samym ręczniku. Ja naprawdę nic nie sugeruje, ale… - w tym
momencie tata mi przerwał, mówiąc:
- Będę jutro z samego rana!
- Super, dzięki, pa. – rozłączyłam się uradowana. Misja
zakończona sukcesem.
*
Następnego dnia obudził mnie dźwięk mojego telefonu.
Przecierając oczy ze zmęczenia, sięgnęłam po niego ręką i nawet nie patrząc kto
dzwoni nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Halo?
- An, gdzie ty do cholery jesteś? – usłyszałam w słuchawce
głos Jace’a.
- W domu. A gdzie mam być?
- Przyjeżdżaj. To sytuacja awaryjna!
- Co się stało? – zmarszczyłam brwi, gdyż brzmiał naprawdę
poważnie.
- Przyjechał nasz tata i właśnie kłócą się z mamą. Wygląda
to naprawdę poważnie. I tata z jakiegoś powodu caly czas patrzy morderczym
wzrokiem na Louisa i mówi, że jak do czegoś doszło to gorzko pożałuje. Lou
chyba się go boi, ponieważ stara się go unikać.
- Dobra, zaraz będę. A właściwie która jest godzina? –
zapytałam.
- 7:15. – odpowiedział.
- Że co?! – krzyknęłam. – Ani mi się śni w wolny dzień
wstawać o tak chorej godzinie.
- Ooo o nie. Właśnie nasz tata wyrzuca rzeczy z szafy mamy i
mówi, że wraca z nim do domu. Zaczyna się robić ostro…. Okej, właśnie wrzeszczy
na mnie, żebym podał mu walizkę, a mama wrzeszczy, że mam tego nie robić. Nie
wiem co robić, serio. Jestem w kropce. Muszę się zastanowić, które z nich mniej
kocham.
Rzeczywiście słyszałam oprócz Jace’a jakieś wrzaski, więc
chyba mówił prawdę. Naprawdę nie miałam pojęcia, że to się tak skończy. Ja
tylko chciałam, żeby Louis przestał się dziwnie zachowywać i z powrotem był
sobą.
*
Po krótkim prysznicu, założyłam pierwsze lepsze ciuchy,
które założyłam w szafie i zeszłam na dół ciągle ziewając, gdzie zastałam Liv w
salonie ćwiczącą jogę. Zmarszczyłam brwi widząc ją i zastanawiając się, czy
przypadkiem nie jestem tak zmęczona, że mam zwidy.
- Ćwiczysz jogę? O 7:45? – spytałam.
- Nie mogłam spać, więc pomyślałam, że zrobię coś
pożytecznego chociaż. – odpowiedziała. Wow, ja bym chyba nie miała w sobie tyle
samo zaparcia, żeby wstać, jeśli nie muszę, przebrać się w sportowe ubrania i
jeszcze w dodatku zacząć ćwiczyć. – Zaraz, a ty co robisz o tak wczesnej porze?
- W skrócie: zadzwonił Jace mówiąc, że przyjechał tata i podobno
właśnie odbywają z mamą awanturę stulecia, a Louis chowa się po kątach.
- Okej, nie będę wchodzić w szczegóły. – odpowiedziała z
rozbawieniem.
Po paru minutach znalazłam przed domem Louisa, spodziewając
się wojny stulecia (serio, byłam pewna, że chociaż jedno okno jest wybite) ale
gdy otworzyłam drzwi zastała mnie dziwna cisza. Zmarszczyłam brwi, a zaraz
potem serce podeszło mi do gardła, o nie! Czyżby coś się stało? Może tata jest
ranny i pojechali do szpitala? Albo co gorsza Louis! Nie dość, że musi mieszkać
z moim powalonym bratem to w dodatku wplątałam go w moje prywatne sprawy
rodzinne. Czuje, że mnie nienawidzi.
Przerażona weszłam do salonu, gdzie…
- Co tu się dzieje? – spytałam zaskoczona, ponieważ, cóż,
nie takiej scenki się spodziewałam. Wszyscy siedzieli przy stole popijali
herbatkę i jedli ciasteczka. – Dobrze się czujecie?
- Witaj An. – mama uśmiechnęła się jak psychopatka z
horroru.
- Okej, zaczynam się bać. – powiedziałam próbując uspokoić
oddech, ponieważ wszyscy wyglądali jakby zaraz mieli mnie zamordować.
- Myślałaś pewnie, że wszyscy się pozabijamy, co? – mama
kontynuowała swój uśmiech psychopatki.
- Niee, skądże. – odparłam, ale kłamstwo aż nadto było czuć
w moim głosie. – Okej, właśnie tak myślałam. Ale dziwicie mi się? Przez telefon
brzmiało to naprawdę groźnie.
- W rzeczywistości było całkiem spokojnie. – odezwał się
Jace.
- Co? – nic z tego nie rozumiałam.
- Naprawdę myślałaś, że bijemy się z twoją matką? – teraz
przemówił ojciec.
- A nie? – spytałam zupełnie zbita z tropu.
- Naprawdę myślałem, ze twoja matka ma romans z tym, jak mu
tam – udawał, że zapomniał jego imienia, ha, sprytnie – Louisem, ale gdy tylko
go zobaczyłem prawie wybuchnąłem śmiechem. Przecież to gej jak nic! – roześmiał
się.
- Ile razy mam panu powtarzać, że nie jestem gejem? –
powiedział zirytowany już najwyraźniej tą sytuacją Louis.
- Nie ma się czego wstydzić synu. Mamy dwudziesty pierwszy
wiek. Spokojnie.
Louis coś odburknął tylko i stwierdził, że idzie się napić
czegoś o wiele mocniejszego niż herbata.
- Więc mam rozumieć, że chcieliście mnie nabrać? –
zapytałam, wiedząc jednocześnie jaka będzie odpowiedź.
- Nie tyle co nabrać, ale dać nauczkę. Mogłaś od razu
powiedzieć, że mam wam dać spokój. Zrozumiałabym. – powiedziała mama.
- Serio mamo, serio? – mruknęłam, ponieważ mówiłam jej to
miliony razy, a ona nadal upierała się przy swoim.
- Na szczęście twój ojciec bojąc się, że mam romans wziął
urlop w pracy i lecimy na Karaiby! – ucieszyła się. – Gdybym wiedziała, że to
go skłoni do spędzenia ze mną trochę czasu już dawno wzięłabym się za tego
przystojnego Włocha.
- Co? Jakiego Włocha?
- Naszego nowego
ogrodnika, nie mówiłam ci? – zdziwiła się.
- Pierwsze słyszę. Kiedy go zatrudniłaś?
- Miesiąc temu.
- Cóż, mam nadzieje, że on i Louis należą do tej samej
branży. – powiedział i w tym samym momencie nadszedł Lou z winem w ręku, a
słysząc słowa mojego ojca odwrócił się na pięcie.
- Czyli wyjeżdżasz? – upewniłam się.
- Tak, wyjeżdżamy. – potwierdziła mama, a ja ledwo
powstrzymałam się, by nie zacząć skakać z radości.
*
Po naprawdę długim pożegnaniu, rodzice w końcu odjechali, w
domu Louisa znowu zapanowała cisza, oczywiście pomijając dziwne pomysły Jace’a,
ale on od razu po odejściu rodziców wybiegł z domu krzycząc „nareszcie wolny!”
okazało się bowiem, że matka nie pozwalała mu wieczorami wychodzić na imprezy i
musiał o dwudziestej już być w domu. Picie alkoholu też odpadało. Biedny Jace.
W sumie mi go szkoda, ale oczywiście, nigdy mu tego nie powiem.
Zostałam więc sama z Louisem, który stwierdził, że kończą
się zapasy w lodówce i musi pojechać do supermarketu. Dlaczego tak usilnie
stara się mnie unikać? Może ma jakiś sekret, którego nie może mi zdradzić, a
nie chce mnie okłamywać? Cóż, o tym nie pomyślałam.
- Louis, możemy porozmawiać? – spytałam, gdy był już przy
drzwiach.
- Spoko, to może jutro?
- zaproponował. Przewróciłam oczami.
- Nie możemy teraz?
- Zakupy same się nie zrobią…
- Okej, więc pojadę z tobą.
Takiej odpowiedzi się chyba nie spodziewał, ponieważ
wyglądał na zaskoczonego i jednocześnie zrezygnowanego. Kiwnął tylko głową i
otworzył szerzej drzwi mówiąc „zgoda”. Zadowolona, że w końcu będziemy mieli
okazję porozmawiać wyszłam z jego domu i skierowałam się w kierunku samochodu,
jednocześnie zerkając na Louisa czy czasem nie rozmyślił się i nie postanowił
jednak zostać w domu.
*
Podczas jazdy próbowałam jakoś go zagadać, ale on
nieustannie podgłaśniał muzykę, gdy tylko otwierałam usta, mówiąc „Co? Co? Nie
słyszę cię!”. Naprawdę nie chciałam zacząć krzyczeć, ale byłam o krok od napadu
szału. Jeżeli nie chciał spędzać ze mną czasu mógł mi o tym po prostu
powiedzieć. Przecież nie zabiłabym go (okej, może pomyślałabym o tym, ale tylko
pomyślała).
Gdy dojechaliśmy na miejsce, miałam wrażenie, że Louis
najszybciej jak się da wyszedł z samochodu, byle bym tylko nie zdążyła nic
powiedzieć. W normalnej sytuacji pewnie zamówiłabym sobie taksówkę i wróciła do
domu, ale to w końcu Louis. Muszę się dowiedzieć o co chodzi. Wysiadłam więc z
auta i poszłam za nim do wielkiego budynku, uprzednio biorąc wózek.
- Więc co masz zamiar kupić? – próbowałam jakoś zagaić
rozmowę.
- Jak to co? Jedzenie. – odpowiedział jakby to było coś
oczywistego. Faceci!
- Okej. – mruknęłam pchając wózek, pomiędzy regałami z
asortymentem. – Możemy teraz porozmawiać?
- Zaczekaj. Przypomniało mi się co muszę kupić! – powiedział
i zniknął gdzieś w sklepie. Nie no, ja zaraz tu zwariuje! Wściekła, zamiast
zostawić wózek na środku sklepu i wyjść z niego, ja pojechałam nim szukać
Louisa. Zastałam go na stoisku z puszkami z piciem. Stanęłam więc naprzeciwko
niego, przygwożdżając do wózkiem do regału i uniemożliwiając mu ucieczkę.
- Teraz się już nie wywiniesz. Gadaj! Co się do cholery
dzieje? – powiedziałam będąc naprawdę zdenerwowana.
- Ale z czym? – jęknął.
- No z tobą! – krzyknęłam. – Przysięgam, że już dłużej tak
nie wytrzymam. Pozbyłam się mojej matki dla ciebie, a ty traktujesz mnie jak
powietrze.
- Serio? Dla mnie? – zdziwił się. – Ale dlaczego?
- Bo myślałam, że to o nią chodzi! Ale najwyraźniej ty masz
jakiś inny problem o którym nie możesz albo nie chcesz mi powiedzieć. Dlaczego
mnie unikasz?
- Bo… - podrapał się po karku. – Cóż… to skomplikowane.
Możemy porozmawiać o tym w domu?
- Nie! – krzyknęłam. – Masz powiedzieć mi teraz! O co
chodzi?!
- Proszę się uspokoić. – powiedziała jakaś kobieta
podchodząc do nas. – Proszę pana, czy ta osoba pana nagabuje? - zwróciła się w kierunku Louisa.
- No komfortowo się nie czuje w jej obecności. – przyznał.
- Albo się pani uspokoi albo proszę natychmiast opuścić ten
sklep. – powiedziała poważnym tonem. Nie no, to są chyba jakieś żarty! A Louis
zamiast mnie bronić to jeszcze dodatkowo mnie wkopał. On chyba po prostu mnie
nie lubi i nie chce spędzać ze mną czasu tylko nie wie jak mi o tym powiedzieć.
Powinnam dać sobie spokój i tyle. Niepotrzebnie ciągle uganiam się za
chłopakami. Niektórzy chyba nie są tego warci i już. W pierwszym odruchu miałam
powiedzieć jej coś niemiłego, albo po zastanowieniu stwierdziłam, że wyjdę ze
sklepu i zamówię taksówkę. To chyba jedyna słuszna opcja.
- W takim razie opuszczę sklep. – powiedziałam i puszczając
wózek skierowałam się w stronę wyjścia, nawet nie odwracając się za siebie.
*
Następnego dnia w szkole, byłam bardzo przybita. Nawet nie
chciało mi się wstać z łóżka. Budzik dzwonił i dzwonił, a ja zamiast go
wyłączyć przykryłam głowę poduszką, a gdy nadal go słyszałam rzuciłam nią w
telefon. Zwykle wstawałam dwie godziny wcześniej, by mieć czas wziąć prysznic,
nałożyć maseczkę, zrobić makijaż, fryzurę, ubrać się ładnie, zjeść śniadanie i
jeszcze coś obejrzeć w telewizji. Dzisiaj jednak wstałam na ostatnią chwilę,
nawet nie mając czasu się umyć, założyłam dres, włosy związałam w kucyka i bez
makijażu zeszłam na dół. Gdy tylko Liv i Scar mnie zobaczyły zaczęły prawie na
mnie krzyczeć, że na pewno tak nie pójdę do szkoły i one zaraz się mną zajmą.
Tak więc Libby wybierała mi strój, a Scarlett zajęła się makijażem. Cieszę się,
że mam tak wspaniałe przyjaciółki przy sobie, które nawet w trudnym czasie nie
zostawiają mnie samej. Nie wiem dlaczego aż tak przejęłam się Louisem. Przecież
to tylko mój znajomy z którym w dodatku nigdy nie byłam zbyt blisko. To taki
znajomy – śmieszek. Więc dlaczego jestem taka smutna?
W szkole, byłam totalnie rozbita, ale dzięki dziewczynom
chociaż ładnie wyglądałam. Na stołówce bawiłam się jedzeniem caly czas
wpatrując się w Louisa, który żartował sobie przy stole z Harrym i Niallem.
Dlaczego jest taki wesoły? Ach no tak. Pozbył się kuli u nogi (czyt. Mnie),
więc humor dopisuje.
- Haaloo. – Liv pomachala mi przed oczami.
- Co? – dopiero teraz wyrwałam się z zamyślenia. Moja
przyjaciółka odwróciła się, by dowiedzieć się na co patrzę i zmarszczyła brwi.
- Mam nadzieje, że wpatrywałaś się w Louisa, a nie Petera. –
powiedziała, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że przy stoliku obok
siedział mój były ze swoją nową dziewczyną.
- Już jestem! – Scar dosiadła się do nas z tacą. – Co mnie
ominęło?
- Próbuje ustalić czy An wpatrywała się w Louisa czy Petera.
– odparła Liv.
- Petera dziwkarza? Fuuu. – zrobiła zdegustowana minę. –
Brrr. Aż mi się niedobrze zrobiło.
- Na szczęście nie patrzyłam na Petera. – poinformowałam je.
- Okej, więc zostaje Louis. – odetchnęła z ulgą Scar.
- A może patrzyłam… na… Jacksona? – wskazałam ruchem głowy
na chłopaka, który siedział w tym samym miejscu. One jednak nie wzięły nawet
tej możliwości pod uwagę, ponieważ od razu zaczęły mnie wypytywać o Louisa.
- Co się między wami tak właściwie dzieje? – spytała Liv.
- Wczoraj oskarżył mnie o napastowanie w supermarkecie, a
tak to wszystko u nas w porządku. – wzruszyłam ramionami, na co Scar się
zakrztusiła jedzeniem.
- O co cię oskarżył? – zapytała w przerwie na kaszel.
- Okej, może przesadzam, ale caly czas mnie unika! Nawet po
tym jak w końcu moja matka się od niego wyprowadziła. Nie wiem o co chodzi.
Wróć. Wiem dokładnie o co chodzi. Louis mnie po prostu nie lubi. Może uważa
mnie za zbyt arogancką? Albo zapatrzoną w siebie? Nie wiem. Wiem tylko, że nie
chce się ze mną już przyjaźnić.
- Louis cię lubi. – powiedziała Liv. – I na pewno też nie
jest mu łatwo.
- No właśnie widzę. – mruknęłam, patrząc jak właśnie obrzuca
się frytkami z Niallem głośno się śmiejąc.
- Może to jego sposób na rozładowanie stresu? – próbowała
zgadywać Scar.
- Przy mnie nigdy nie był tak szczęśliwy jak beze mnie. –
powiedziałam. – Chyba pójdę do domu. Mamy wprawdzie jeszcze jedne zajęcia, ale
nie dam rady przebywać z nim w jednym pomieszczeniu. – mówiąc to wstałam z
siedzenia, biorąc do ręki moją torebkę.
- Ale on cię lubi! – powiedziała Liv wstając gwałtownie z
siedzenia.
- Dlaczego mówisz to z takim przekonaniem? – zmarszczyłam
brwi.
- Bo… no bo to Louis! No on lubi wszystkich. Niemożliwe,
żeby miał cię dosyć, tym bardziej, że znosi twojego okropnego brata. Więc jeśli
z nim jakoś wytrzymuje to musi być naprawdę oazą spokoju, dlatego nie sądzę,
byś go irytowała czymkolwiek.
Patrzyłam na nią jeszcze przez chwilę, nieprzekonana, aż w
końcu westchnęłam zrezygnowana. Może ma rację? Kompletnie zapomniałam, że
codziennie ma na głowie mojego brata z którym całkiem dobrze się dogaduje
pomimo okropnego charakteru Jace’a.
- Więc dlaczego mnie unika? – spytałam, choć wiedziałam, że
na to pytanie może mi odpowiedzieć tylko Louis. – Nie ważne i tak idę do domu.
– stwierdziłam wzruszając ramionami i wyszłam z pomieszczenia.
*
Przed wyjściem ze szkoły, zajrzałam jeszcze do mojej szafki,
chcąc zabrać z niej moje rzeczy, ponieważ kto wie ile czasu nie będzie mnie w
szkole. Na chwilę obecną nie chciałam pojawiać się w niej już nigdy więcej. I
gdy tylko ją otworzyłam wypadła z niej różowa koperta. Schyliłam się po nią,
jednocześnie zastanawiając się czy to głupi dowcip czy może groźba. Hm, czy
komuś ostatnio podpadłam? Chyba nie. A przynajmniej mam taką nadzieje. Z
drugiej strony kto wysyła groźby w różowych kopertach? Może to jednak dowcip.
Więc spodziewając się jakiegoś głupiego wierszyka, albo jeszcze czegoś gorszego
wyjęłam ze środka kartkę, którą ktoś… poperfumował? W dodatku moimi ulubionymi
perfumami. Byłam tym coraz bardziej zaintrygowana.
Droga
An
Przepraszam,
że ostatnio zachowywałem się w ten sposób, ale miałem swoje powody. Jeżeli
jeszcze masz ochotę się ze mną zobaczyć po tym wszystkim to przyjdź dzisiaj do
restauracji koło Grand parku o dwudziestej.
Będę
na ciebie czekał, Louis
Okej po pierwsze: o co w tym wszystkim chodzi? Po drugie:
czy nie mógł mi tego normalni powiedzieć tylko wysyła jakieś głupie liściki? On
naprawdę uważa, że wystarczy takie coś by wynagrodzić mi te kilka dni? Po
trzecie: on naprawdę myśli, że akurat dzisiaj znajdę specjalnie dla niego czas?
Po czwarte: okej, nie mam nic po czwarte, ale jestem niesamowicie wściekła.
Mam nadzieje, że ten głupek ma naprawdę dobry powód dla
którego unikał mnie przez te parę dni, bo będę naprawdę bardzo wkurzona. A nie
chciałby spotkać wkurzonej Andrei Sanchez.
*
Nie wcale nie przebierałam się aż osiem razy. I nie wcale
nie robiłam dwie godziny makijażu i fryzury. I nie, nie spóźnię się specjalnie
do restauracji, by teraz to on na mnie czekał.
Okej, wszyscy wiemy, że kłamie. Oczywiście, że chciałam
wyglądać zjawiskowo, tak, by ten idiota wiedział co stracił.
W sensie jaką ładną przyjaciółkę stracił.
Więc o dwudziestej trzydzieści dopiero wyszłam z domu
uprzednio chowając się przed Scar i Liv, ponieważ nie chciałam, by wiedziały,
że tak się stroiłam dla Louisa. Zresztą, on nie jest nikim ważnym, by się dla
niego stroić. Zrobiłam to pierwszy i ostatni raz. Zanim dotarłam samochodem na
miejsce była prawie dziewiąta. Ha, na pewno poszedł już do domu, stwierdzając,
że go wystawiłam. I bardzo dobrze! Udowodnię sobie, że nie jest mnie wart.
Zanim wysiadłam z samochodu poprawiłam makijaż (dla siebie, nie dla niego),
przesłuchałam parę piosenek Eda Sheerana śpiewając przy tym na głos i dopiero
wtedy opuściłam auto kierując się do restauracji. Dziewiąta dwadzieścia trzy.
Jestem super spóźniona. Cała uradowana, że wystawiłam „biednego” Louisa, który
teraz na pewno już jest w domu, weszłam do pomieszczenia, dokładnie się po nim
rozglądając. Tak jak sądziłam. Brak Louisa. Wiedziałam! Ha! Gówniarz nie jest
mnie wart.
Jednak po dwudziestosekundowym szczęściu ogarnął
mnie…smutek? Dlaczego nagle poczułam się tak dziwnie?
Cóz, chyba naprawdę miałam o nim zbyt wysokie mniemanie.
Uważałam go za naprawdę fajnego chłopaka, a tymczasem okazał się taki jak
wszyscy. Ciężko westchnęłam. Wróce do domu i zamówię jakieś jedzenie na wynos,
oglądając po raz setny „pamiętnik”. Mam nadzieje, że to mi poprawi humor.
Odwróciłam się na pięcie i chciałam wyjść, jednakże w tym momencie usłyszałam
jak coś zaczęło grać za moimi plecami. Odwróciłam się z powrotem i zobaczyłam
jak paru mężczyzn gra na skrzypcach, a od strony zaplecza wychodzi… okej, byłam
w totalnym szoku. Serio. Myślałam, że nic na tym świecie nie jest w stanie mnie
zaskoczyć. Myliłam się. otóż, zobaczyłam Louisa. Ubranego w garnitur i
trzymającego w ręku czerwone róże. Wyglądał na bardzo zestresowanego. A ja
byłam zupełnie zbita z tropu. Nie wiedziałam jak mam na to zareagować. Chciałam
iść do domu, najeść się i popłakać przy filmie, a tymczasem dzieje się to, a ja
jestem w szoku.
- Przepraszam. – to pierwsze słowa, które wyszły z jego ust.
Zaczął się powoli do mnie zbliżać, a ja rozglądałam się po pomieszczeniu,
jakbym szukała ukrytej kamery. Balam się, że to jeden z jego żartów. –
Ostatnimi czasy zachowywałem się jak totalny kretyn, ale to dlatego, iż tak
bardzo, bardzo czułem się niekomfortowo w twoim towarzystwie. – okej Tomlinson,
idzie ci świetnie, oby tak dalej. – Pociłem się, serce biło mi jak szalone, i
cały czas zastanawiałem się czy dobrze wyglądam. Dopiero nie dawno zdałem sobie
sprawę, że stoi za tym coś więcej. W momencie, gdy poczułem, że muszę i chce
być cały czas obok ciebie, bo gdy nie jestem, to jesteś jedynym o czym myślę.
Wiem, że prawdopodobnie nie mam u ciebie szans, ale… wiem też, że muszę
spróbować, bo nigdy bym sobie tego nie wybaczył, dlatego Andreo Sanchez, czy
uczynisz mi ten zaszczyt i… - w tym momencie sięgnął po coś do kieszeni, a ja
wiedziałam, że muszę zareagować.
- Nie! – krzyknęłam, a wtedy wszystkie wyczekujące
spojrzenia ludzi, które dotąd utkwione były w Louisie skierowały się na mnie. –
Nie wyjdę za ciebie, przykro mi.
- Co? – Louis zmarszczył brwi.
- Nie mogę za ciebie wyjść. Przepraszam. A tak po za tym:
czy ty zwariowałeś? Nie jesteśmy nawet parą, ba, nawet się nie całowaliśmy! A
ty mi się oświadczasz? Serio Louis? To był pomysł Jace’a, co? Tak, to na pewno
był pomysł Jace’a. On kocha rujnować mi życie. – mruknęłam.
- Nie wiem co sobie pomyślałaś An, ale nie zamierzałem ci
się oświadczać. – odpowiedział, a ja pomyślałam, że zaraz zapadnę się pod
ziemię. – Chciałem dać ci to. – wyjął rękę z kieszeni, trzymając dość duże
pudełeczko w którym, patrząc po kształcie, na pewno nie znajdował się
pierścionek. Wzięłam od Louisa upominek i otworzyłam go, a w środku znajdował
się srebrny wisiorek w kształcie serduszka. Jeszcze nigdy nie było mi tak
głupio. – Gdybyś dała mi skończyć wiedziałabyś, że chciałem zapytać „czy
uczyniłabyś mi ten zaszczyt i dała się zaprosić na randkę tutaj, dzisiaj,
teraz”. Ach i te kwiaty również są dla ciebie. – mówiąc to wręczył mi je. –
Jak widzisz to nie Jace postanowił ci zrujnować życie, tylko ja, sam. Miałem
jeszcze dodać coś o moich uczuciach do ciebie, ale chyba zachowam to dla
siebie. Twoja odpowiedź była jasna. – mruknął chcąc mnie wyminąć i wyjść
z restauracji, ale ja złapałam go za ramię, mówiąc:
- Louis czy ty chciałeś mi wyznać miłość?
Chłopak otworzył szeroko oczy, zdając się być przerażonym.
- Co? Nie, tylko lekko się zauroczyłem. Skąd te podejrzenia
w ogóle? – zaśmiał się nieprzekonująco, drapiąc w tył głowy, a ja uśmiechnęłam
się, uznając za uroczy fakt, że ten idiota nie potrafi nawet dobrze kłamać.
- Oczywiście, że dam ci się zaprosić na randkę. Tutaj,
dzisiaj, teraz. - chłopak rozpromienił się. - To dlatego mnie unikałeś?
- Szczerze? Tak. Nie jestem dobry w ukrywaniu uczuc i bałem
się, że domyśliłabys się czegoś. – przyznał. – Okej, więc zapraszam do stolika.
– wskazał na niego ruchem głowy.
- Louis, zaczekaj. – złapałam go za rękę.
- Tak? – spojrzał na moją dłoń spoczywającą na jego
nadgarstku zaskoczony, a wtedy przyciągnęłam go do siebie i mocno pocałowałam.
Chłopak w pierwszym momencie wydawał się być zaskoczonym, ale odwzajemnił
pocałunek. I wow, jeszcze nigdy nie przeżyłam w całym swoim życiu tak dobrego
pocałunku. Byłam naprawdę pod wrażeniem. Gdybym wiedziała wcześniej, że tak
dobrze całuje to doszłoby do tego dużo szybciej. Tymczasem straciliśmy tyle
czasu! Dlatego musimy go nadrobić. – Okej, to było ostatnie czego się
spodziewałem. – przyznał, gdy oderwaliśmy się od siebie.
- Naprawdę dziękuje. – powiedziałam mając na myśli to, co
dla mnie zorganizował. – Za kwiaty, naszyjnik i kolacje. Nie sądziłam, że ktoś
kiedykolwiek będzie się dla mnie tak starał.
- Bez przesady. – spuścił głowę najwyraźniej speszony.
- Nie, naprawdę to, co zrobiłeś jest niesamowite. –
powiedziałam uśmiechając się. – Szczerze mówiąc, byłam pewna, że nie chcesz się
już ze mną przyjaźnić tylko nie wiesz jak mi o tym powiedzieć, a tymczasem ty…
wow.
- Naprawdę myślałaś, że nie chce się z tobą przyjaźnić?
Zwariowałaś? – roześmiał się. – Uwielbiam spędzać z tobą czas. I uwielbiam
ciebie i nawet twojego powalonego brata.
- To najmilsze słowa jakie kiedykolwiek usłyszałam. Okej,
chodźmy coś zjeść, bo zaraz zacznę się rumienić. – powiedziałam kierując się w
stronę naszego stolika.
- Za późno. – odparł Louis z uśmiechem na co dźgnęłam go
lekko łokciem w żebra.
*
Mam nadzieje, że się podoba:) rozdział wyszedł mi nad wyraz długi, ale jak już zaczęłam pisać to nie mogłam przestać
haha z góry dziękuje za wszelkie komentarze i do zobaczenia:)