Oczami An:
Nie mogłam uwierzyć w to, jak Peter bezczelnie postanowił
mnie okłamać! Przez trzy tygodnie robiłam wszystko za niego, byłam na każde
jego wezwanie i ostatecznie okazało się, że mógł bez problemu chodzić. Nic nie
jest w stanie wyrazić złości jaką poczułam w momencie, gdy się o tym
dowiedziałam. Dzięki Bogu, ze Libby go widziała, ponieważ jestem pewna, że
byłabym jego służącą jeszcze dwa tygodnie albo i dłużej. Boże, ale ja jestem
głupia. Jak można nie zauważyć, że ktoś udaje?
- I co z tym zrobisz? – zapytała mnie Liv.
- Zabije go. – wymamrotałam. – Przysięgam, że go zabije! –
powiedziałam bardziej bojowo i naprawdę chciałam wyjść z domu i udać się do
niego i chociaż go pobić, ale moja przyjaciółka mnie zatrzymała. Stanęła przed
drzwiami, sprawiając tym samym, że nie mogłam wyjść.
- Czekaj. Musimy ułożyć jakiś plan… – zaczęła tajemniczo.
- Jaki plan? – założyłam ręce na klatkę piersiową i
zmarszczyłam brwi. – W sensie zemstę?
- Otóż to. – odpowiedziała uśmiechając się. – Scarlett! –
krzyknęła na całe gardło, a dziewczyna w ciągu kilku sekund zbiegła na dół.
- Tak?
- Chcesz zemścić się na tym dupku Peterze?
- Jasne! – odparła ciesząc się jak małe dziecko.
- Super, więc mam pewien pomysł. – powiedziała Libby
zacierając ręce z podekscytowania. – Co wy na to, aby dosypać mu środek nasenny
do herbaty, a potem… przefarbować mu włosy na zielono i markerem niezmywalnym
narysować mu wąsy?! – ucieszyła się. Muszę przyznać, że moja przyjaciółka ma
naprawdę szalone pomysły i ten naprawdę mi się spodobał. No, no Peterze ! Szykuj
się na małą zemstę.
- A skąd wezmę środek nasenny? – zapytałam.
- Skołuje ci coś z pracy, nie martw się. – odpowiedziała
Scar dotykając mojego ramienia. Przysięgam, mam najlepsze przyjaciółki na
świecie! Kocham je.
*
Ledwo weszłam do szkoły, a już
podbiegł do mnie Louis i pocałował w policzek. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając
się o co mu chodzi, aż doszłam do wniosku, że przecież udajemy parę, ale to nie
było już ważne, skoro Peter postanowił mnie w tak bezczelny sposób okłamać. Mam
jego zdanie głęboko w poważaniu. Może sobie uważać, że nie znajdę nikogo
lepszego od niego.
- Hej, hej przystopuj z tymi
pocałunkami. – powiedziałam, a Louis zrobił zaskoczoną minę.
- Parę metrów dalej stoi jeden
z przyjaciół Petera. – odparł.
- Skąd wiesz, że to jego
przyjaciel? – zapytałam, ponieważ Louis i mój były chłopak nie zamienili ze
sobą więcej niż dwóch zdań o ile w ogóle tyle zamienili.
- Nie wiem. – wzruszył
ramionami. – Ale był popularny, więc zakładam, że przyjaźnił się ze wszystkimi.
Przewróciłam oczami.
- Nie musimy już udawać. To
koniec. – powiedziałam prosto z mostu, ponieważ nie lubiłam przeciągać spraw.
Wolałam, żeby była jasność.
- Zrywasz ze mną? – spytał
piskliwym głosikiem.
- Nie, nie zrywam z tobą, bo
nigdy nie byliśmy razem. Po prostu informuje cię, że nie musimy udawać pary.
Zdanie Petera już mnie nie obchodzi. – odpowiedziałam i chciałam odejść, ale
Louis złapał mnie za ramię, nie pozwalając mi odejść.
- Od kiedy?
- Odkąd dowiedziałam się, że
jest podłym oszustem.
- To chyba wie każdy. Chodził
do burdelu.
Miał rację. Mogłam się
wcześniej domyśleć, że to nałogowy kłamca. Jestem czasem taka głupia.
- W każdym razie przykro mi,
ale nasza umowa dobiegła końca. Na razie! – pomachałam mu i zanim zdążył mnie
zatrzymać szybko od niego uciekłam.
*
Po szkole poszłam do domu
Petera, aby wcielić nasz niecny plan w życie. Gdy weszłam do środka, tak jak
podejrzewałam, chłopak leżał rozwalony na kanapie, a gdy mnie zobaczył, zaczął
krzyczeć: „co tak długo?!” Resztkami sił powstrzymywałam się, aby nie
wybuchnąć, ale postanowiłam zachować spokój. Wszystko w swoim czasie. Zaraz
przyjdzie na tego palanta czas. Nie pozwolę, aby tak bezczelnie bawił się moim
kosztem.
-Nalej mi soku! – wrzasnął
wskazując palcem wskazującym na kuchnię.
- Już się robi. –
odpowiedziałam ze słodkim uśmieszkiem i czym prędzej poszłam we wskazanym przez
niego kierunku. Teraz musiałam tylko dosypać środek nasenny do napoju, ale
kiedy tylko słyszałam jego jęki z salonu miałam ochotę coś mu zrobić. Zachowałam
jednak spokój i biorąc głęboki oddech skierowałam się do salonu, uprzednio
dosypując do soku środek. – Proszę. –
powiedziałam stawiając przed nim szklankę. Peter spojrzał na mnie marszcząc
brwi. – Coś nie tak? – zapytałam przełykając głośno ślinę. Bałam się, że
domyśli się, iż coś jest nie tak.
- Jesteś jakaś… - zaczął
zastanawiając się.
- Jaka?
- Miła. – dokończył cały czas
mi się przyglądając.
- Zaczęłam chodzić na jogę. –
odpowiedziałam szybko.
- Już dawno powinnaś zacząć to
robić. – stwierdził biorąc do ręki szklankę z sokiem. Zacisnęłam dłoń w pięść.
Spokojnie Ana. On nie jest tego wart. Gdybyś to zrobiła musiałabyś mu pewnie
usługiwać do końca życia. – Że też tyle czasu cię znosiłem. Powinienem dostać
jakiś medal za to.
- No już pij wreszcie. –
wypsnęło mi się, a wtedy Peter, który prawie upił łyka, zatrzymał się i
ponownie na mnie spojrzał, jakby chciał siłą wzroku wydusić ze mnie prawdę. –
To znaczy… jak chcesz. Nie musisz wcale pić. – dodałam.
- Zrób to pierwsza. –
powiedział z szerokim uśmiechem.
- Co? – naprawdę nie mogłam
uwierzyć w to jak:
a) wszystko zepsułam
b) jaki jest sprytny
- Napij się. – ponaglił mnie. –
No chyba, że coś jest nie tak z tym sokiem? – spytał unosząc jedną brew.
- Nie, nie. Skądże. –
potrząsnęłam szybko głową i wzięłam od niego napój. Przez parę sekund patrzyłam
się na trzymany w ręku sok, zastanawiając się czy napić się czy też wylać temu
przeklętemu człowiekowi go na głowę, ale wtedy plan diabli by wzięli, więc postanowiłam na pierwszą
opcję i przystawiając szklankę do ust upiłam mały łyk, starając się nie myśleć
o tym, co jest w środku. – Widzisz? Wszystko z
nim w porządku. – rzekłam starając się uśmiechnąć, choć w środku
krzyczałam ze złości.
- Upij większy. Nie jestem
przekonany. – powiedział zakładając ręce na klatkę piersiową. Myślałam, że w
tym momencie nie wytrzymam i go zabije, a jednak dałam radę trzymać nerwy na
wodzy i ponownie przybierając coś na kształt uśmiechu wykonałam jego prośbę.
Czuje, że nie tylko Petera czeka dzisiaj długa drzemka.
- Ta da. Proszę. – odparłam
oddając mu sok, który postanowił w końcu wziąć, a potem z satysfakcją
obserwowałam jak jednym haustem opróżnił całą szklankę.
- Zanieś. – rozkazał mi.
- Robi się mój panie. –
powiedziałam z ironią, której pewnie nie załapał znając jego inteligencję.
Gdy znalazłam się w kuchni
wyjęłam szybko z torebki telefon i wybrałam numer do Libby.
- Nie dam rady wam pomóc. –
powiedziałam ziewając.
- Jak to? – zdziwiła się. –
Spałaś?
- Nie, ale zaraz będę. Peter
jest sprytniejszy niż początkowo zakładałyśmy. Kazał mi się napić soku do
którego wsypałam środek nasenny. Nie mogłam odmówić, bo cały plan by się nie
udał. A teraz kręci mi się w głowie i nie mogę przestać ziewać. –starałam się
mówić szybko, tak abym przypadkiem nie zasnęła podczas rozmowy.
- Patrz, a ja zawsze miałam go
za największego kretyna na świecie. – powiedziała Libby.
- Ta, mhm. To ja chyba
się…położę. – odparłam robiąc przerwę na ziewnięcie. – To na razie.
- An czekaj! – usłyszałam
jeszcze krzyk Liv zanim się rozłączyłam i siadając na krzesełku schowałam twarz
w dłoniach po czym zasnęłam.
*
Obudził mnie czyjś wrzask,
który rozchodził się po całym domu. Zmarszczyłam brwi zastanawiając się, co się
dzieje? Rozejrzałam się dookoła zastanawiając się, gdzie jestem i zdałam sobie
sprawę, że znajdywałam się w kuchni, ale nie swojej tylko Petera. No tak!
Kompletnie zapomniałam, że tu zasnęłam. Liv i Scar na pewno nie chciały mnie
budzić.
- Coś ty mi zrobiła wiedźmo?! –
Peter niczym strzała wleciał do kuchni i wskazał na swoje zielone włosy.
Zakryłam usta dłonią, aby się nie roześmiać.
- Ja? Nic. – odpowiedziałam
zgodnie z prawdą.
- Więc kto?
- Może skrzaty? – dałam pomysł.
- To nie jest śmieszne!
Zapłacisz mi za to, rozumiesz?! – Peter nie mógł opanować złości, a ja w tym momencie
zauważyłam, że mój ex zapomniał, że nie umie chodzić i jak gdyby nigdy nic,
stał na środku pomieszczenia bez kuli.
- O, widzę, że z nogą już
lepiej. Mój sok działa cuda, prawda? – uśmiechnęłam się szeroko.
- Wiedziałaś o tym. – wskazał
na mnie oskarżycielsko palcem. – A moje włosy to miała być zemsta, co?
- Nie mam pojęcia o czym
mówisz. – wzruszyłam ramionami i wstałam z siedzenia, aby udać się do domu, ale
nim wyszłam jeszcze dorzuciłam: - Tak bardzo skupiłeś się na swoich włosach, że
nie zauważyłeś wąsów. Swoją drogą namalowane wyglądają o wiele lepiej niż
prawdziwe. – puściłam mu oczko i zadowolona z siebie opuściłam jego mieszkanie,
trzaskając głośno drzwiami.
*
W domu zamówiłam wielką pizze
dla Scar i Liv i kupiłam im po małym upominku, aby pokazać im jak bardzo jestem
wdzięczna za pomoc w zemście na tym dupku.
- Mów jak zareagował? –
zapytała Libby siedząc na kanapie i wcinając pizze.
- Tak bardzo się tym przejął,
że nawet zapomniał o swoim kłamstwie i wbiegł do kuchni bez żadnej pomocy
krzycząc, że jestem wiedźmą. – odpowiedziałam z rozbawieniem, a moje przyjaciółki
wybuchnęły śmiechem.
- Szkoda, że tego nie
widziałyśmy. – skomentowała Scarlett. – Jego mina musiała być bezcenna.
- I była! Mogłam go w sumie
nagrać. Ale myślę, że jeszcze nadarzy się okazja. Peter tak łatwo nie odpuści.
– westchnęłam.
- Niech lepiej drugi raz z nami
nie zadziera! – powiedziała bojowo Liv.
- Swoją drogą skąd biorą się
tacy faceci? - spytała z niedowierzaniem
Scar.
- Z planety palantów? –
roześmiałam się. W tym momencie zadzwonił mój telefon. – O nie, chyba o wilku
mowa. – jęknęłam, będąc przekonana, że dzwoni Peter, jednak kiedy wyjęłam z
przedniej kieszeni spodni telefon moim oczom ukazała się nazwa kontaktu o
treści „nie odbieraj”. To mogła być tylko jedna osoba. – Tak mamo? – zapytała
przykładając komórkę do ucha.
- Witaj skarbie! Jak tam u
ciebie?
- Jest super, naprawdę. Nie
przyjeżdżaj. – podkreśliłam szybko, ponieważ tak: moja mama uwielbia się
wpraszać, a kiedy już to zrobi to ciężko ją wygonić i potrafi zostać nawet
kilka dni.
- Skąd pomysł, że mam w ogóle
taki zamiar? – zdziwila się.
- A masz?
- Oczywiście, że nie! Byłam
tylko ciekawa, co u mojej córci.
- Więc już wiesz, że wszystko
super. Pa. – i nie mówiąc nic więcej rozłączyłam się. Dziewczyny spojrzały na
mnie nieco zaskoczone. – No co? – wzruszyłam ramionami. – Kocham ją, ale ta
kobieta czasami naprawdę doprowadza mnie do szału. No już jedźcie pizze, bo
wystygnie. – pogoniłam je, klaszcząc w ręce.
*
Następnego dnia z samego rana
zadzwonił do mnie Jace i kazał przyjść do siebie, a właściwie do Louisa z
którym mieszkał. Wstałam więc w wolny dzień, wcześnie jak nigdy i bez śniadania
pojechałam do mojego kochanego braciszka. Pewnie dostał kilka unfollow na
twitterze i się biedaczyna załamał, więc ja jako dobra siostra będę musiala go
pocieszyć i powiem, ze ci ludzie na pewno się pomylili i zaraz znów go
zaobserwują, a potem każę Louisowi stworzyć kilka kont i go zaobserwować,
oczywiście zapłace mu. Nie jestem potworem.
- Nie martw się braciszku! Ci
ludzie na pewno się pomylili i za kilka dni znów cie zaobserwują. – zaświergotałam
wchodząc do mieszkania. Zastałam Jace’a stojącego na środku salonu z miną
wskazującą na to, że czuł się winny, a Louis siedział za nim na kanapie.
Zmarszczyłam brwi.
- Tak tragiczne jeszcze nie
jest, ale ta informacja również nie jest dobra. – odpowiedział.
- Co się dzieje? – zapytałam
powoli, bojąc się tego, co ma mi do powiedzenia.
- Zrobiłem coś głupiego. –
wyznał.
- Wziąłeś ślub po pijaku z
prostytutką. – strzeliłam.
- Co? Nie! – obruszył się.
- Przepraszam z mężczyzną,
który pracuje w burdelu. – wywróciłam oczami.
- Nie…
- O boże! – zakryłam sobie usta
ręką. – Nie mów, że wy dwaj wzięliście ślub po pijaku! Jezu! – wzdrygnęłam się.
– Wiedzialam, że chory umysł Jace’a udzieli się Louisowi. Po prostu wiedziałam.
- Andrea to nie tak… - próbował
wyjaśnić mój brat, ale przerwałam mu:
- Dobra, mleko się rozlało.
Trzeba pomyśleć nad rozwodem, ale to nie będzie akurat trudne. Louis powie, że
go zdradzałeś. Nie będzie trudno znaleźć dowody. – powiedziałam.
- Nie wzięliśmy ślubu! –
krzyknął Jace.
- Więc z kim go wziąłeś? –
spytałam nic z tego już nie rozumiejąc.
- Nie było żadnego ślubu, w
ogóle skąd ten pomysł?
Wzruszyłam ramionami.
Wyobraźnia jak zwykle mnie poniosła.
- Wybacz, a więc mów. Nie będę
już zgadywać, obiecuje.
Jace kiwnął głową i wziął
głęboki oddech.
- To nie będzie proste…
- Gdybyś nie był chłopakiem
pomyślałabym, że jesteś w ciąży. – zaśmiałam się, a mój brat posłał mi
mordercze spojrzenie. – Okej, już przestaje.
- Otóż wczoraj zadzwoniła do
mnie mama i pytala się co u ciebie, więc powiedziałem jej, że…
- Że co? – pogoniłam go.
- Że… - Jace przygryzł wargę,
jakby zastanawiając się, czy na pewno powinien mi to wyznać. Podeszłam więc do
niego i potrząsnęłam go za ramiona, krzycząc:
- Co żeś jej nagadał matole?
Mów!
- Hej, hej. Nie tak ostro. To
się nazywa przemoc. – stwierdził Louis i wstał z kanapy, aby mnie odciągnąć od
brata. – Swoją drogą jest bardzo częstym zjawiskiem w rodzinie. I dotyczy
zarówno mężczyzn jak i kobiet, choć kobiet częściej, ale to może sięgać jeszcze
kilkunastu lat wstecz…
- Wiedzialam, że nie powinnam
pożyczać ci tej książki. – powiedziałam przewracając oczami. – Dobra a ty mów
matole, co powiedziałeś mamie.
- A więc powiedziałem, że…
ostatnio… byłaś trochę… przygnębiona. – dokończył i wyraźnie odetchnął z ulgą,
że ma to już za sobą.
- Trochę przygnębiona? To
wszystko co jej powiedziałeś? – naprawdę miałam wielką nadzieje, że nie
powiedział mamie nic więcej.
- To znaczy oczywiście mogłem
użyć innych słów, ale konkretnie o to mi chodziło. – odparł.
- Co masz na myśli mówiąc
innych słów? – zmrużyłam gniewnie oczy i założyłam ręce na klatkę piersiową.
- Z racji tego, że sekrety
niszczą rodzinę, ja powiem. Otóż jace powiedział waszej mamie, że jesteś
niestabilnie emocjonalnie, a ostatnio jesteś jednym wielkim kłębkiem nerwów.
Krzyczysz bez powodu, wpadasz w szał i chyba masz problemy psychiczne i przydałaby ci się fachowa pomoc. –
odpowiedział za niego Louis.
- Spalę tę książkę, przysięgam.
– poinformował go Jace, a ja starałam się, naprawdę bardzo się starałam nie
zacząć krzyczeć, ale ten młot zawsze musi wszystko zepsuć. Nienawidzę mieć
młodszego brata, oni zawsze wszystko psują i są tylko pasmem problemów, a nie
sukcesów. Gdybym miała siostrę, albo byłabym jedynaczką, moje życie byłoby o
niebo lepsze. – Proszę, powiedz coś An. – odezwal się, gdy długo milczałam.
- Ty… ty… - chciałam wykrztusić
coś normalnego, a w głowie miałam same przekleństwa. – Ty kretynie do kwadratu!
Ty idioto! Dlaczego nie możesz być normalnym nastolatkiem i siedzieć przed komputerem
dwadzieścia cztery godziny na dobę i nie rozmawiać z rodzicami?! Dlaczego
zawsze psujesz mi życie?! Wiesz dlaczego jestem niestabilnie emocjonalnie? Bo
ty mi na to nie pozwalasz! To twoja wina! Wszystkie moje niepowodzenia to twoja
wina! Wszystko co najgorsze mnie w życiu spotkało to twoja wina, a ty jeszcze
mały gówniarzu śmiesz twierdzić, że wpadam w szał bez powodu! Powiedz mi, kiedy
ostatni raz to zrobiłam? Kiedy wpadłam w szał bez powodu, bo jakoś nie mogę
sobie przypomnieć! Najpierw rujnujesz mi życie, a potem jesteś wielce
zdziwiony, że jestem zła i krzyczę?! Gdzie zgubiłeś mózg? No pytam się, gdzie
do cholery twój mózg?! – krzyczałam jak opętana, a Jace stał z szeroko
otwartymi oczami nie odzywając się. Byłam tak wściekla, że złapałam za pierwszą
lepszą rzecz, a w tym wypadku za książkę o stosunkach rodzinnych, którą
pożyczyłam Louisowi i zaczęłam nią walić Jace’a po głowie.
- Tylko nie ta ksiązka! Bij go
sobie ale inną! To ja może szybko pobiegnę po coś z moich… shit, ja nie mam
żadnych książek. – mówił przerażony Lou.
- Teraz chociaż masz prawo
mówić, że wpadłam w szał! – powiedziałam do Jace’a, który najpierw próbował się
zakrywać, a gdy to nie pomogło, zaczął uciekać.
- Chodź tutaj małolacie! –
krzyczałam biegnąc za nim.
I tak zaczęliśmy się ganiać po
całym salonie, a Louis starał się nas uspokoić i przemówić do rozsądku. Dopiero
kiedy Jace gwałtownie przystanął, patrząc się na coś ze strachem, ja również to
zrobiłam, zaskoczona jego reakcją.
- O co cho… - urwałam zdając
sobie sprawę z tego kim była ta osoba. – O hej mamo. – pomachałam jej. Ona
tymczasem stała nie odzywając się, będąc zapewne w szoku po tym co zobaczyła. –
To nie jest to, co… zaraz, skąd się tu znalazłaś? – zapytałam, gdy dotarło do
mnie, że nie mówiłam jej, gdzie mieszka Louis.
- Jace jej powiedział wczoraj,
że tu mieszka. – szepnął do mnie Lou. No tak. Mogłam się domyślić.
- Widzisz? Mówiłem ci! –
odezwal się mój braciszek wskazując na mnie palcem, a ja omal znów nie zaczęłam
go ganiać, po całym pokoju. Jednak w ostatniej chwili powstrzymałam się.
- Sprowokował mnie. –
próbowałam się bronić.
- Każdy oprawca zwala winę na
ofiarę. Typowe. – powiedział dumnie Jace. – Co? Też czytałem tę książkę. –
dodał.
- Jace mnie naprawdę
sprowokował. Louis powiedz jej. – spojrzałam w stronę chłopaka, który zasłonił
twarz rękoma, mówiąc, że jego tu nie ma, po czym schował się za kanapą. Serio?
Moja mama tymczasem pokręciła głową, jakby nie wierzyła własnym oczom i ciężko
westchnęła.
- Myślałam, że tylko Andrea ma
problemy, ale widzę, że ty Jace również. Oboje jesteście niestabilnie
emocjonalnie. Przyda wam się terapia.
- Że co?! – krzyknęliśmy równo
z moim bratem.
- Tak. Dobrze słyszeliście.
Terapia. A póki co zamieszkam tutaj, aby wszystkiego dopilnować. Wasze zachowanie
pewnie ma związek z ojcem. Wiedziałam, że nie poświęcał wam dostatecznej ilości
uwagi. – westchnęła.
- Ależ nam nie jest w żadnym
wypadku potrzebna terapia! Louis powiedz coś do cholery! – wrzasnęłam, mając
dosyć tego, że zamiast mi pomóc, on udaje, że go tu nie ma.
- Jesteśmy normalnymi
nastolatkami. Naprawdę. – próbowal ją przekonać Jace. Nagle usłyszeliśmy jakieś
pikanie. Tak, to powiadomienie w telefonie mojego braciszka. Szybko wyjął go ze
spodni i sprawdził. – O nie! Dostałem trzy unfollow na twitterze! Ale jak to?
Cholera, to pewnie za ten wpis o maseczkach do twarzy. No ale heloł. Chłopak
też może jej używać, prawda?
- Lepiej już nic nie mów. –
poradziłam mu.
- Bardzo dobrze, że mi o tym
powiedziałeś, synu. Bardzo dobrze. Z tego co Andrea mówiła to myślałam, że u
was wszystko w porządku i nawet miałam nie przyjeżdżać, ale coś mnie tknęło i
zadzwoniłam do ciebie i widzę, że miałam dobre przeczucie. – cieszyła się mama.
– Hej ty za kanapą! Leć przynieś moje walizki.
Louis niechętnie opuścił swoją
kryjówkę i pobiegł po bagaż. Zapewne się cieszył, że może gdzieś wyjść.
- Nie martwcie się, dzieci.
Mamusia się wszystkim zajmie. – ucieszyła się.
- Naprawdę nie wątpimy. –
mruknęłam.
Pierwszy raz zaczęłam żałować,
że moim jedynym problemem już nie jest usługiwanie Peterowi. To naprawdę nie
było takie straszne w porównaniu z tym.
*
Jak wam się podoba rozdział? J z góry
dziękuje za wszystkie komentarze! <3
Buahaha zemsta jest słodka :D
OdpowiedzUsuńDobra mama An to na pewno będą kłopoty :P
Chcę zobaczyć An i jej brata na terapii to będzie przekomiczne ;)
Super rozdział <3
Dziękuję bardzo 😊
UsuńDziękuję bardzo 😊
Usuń