Oczami
Andrei:
Niedziela, 13 kwietnia - Poniedziałek, 14 kwietnia
Stałam nad kuchenką i gotowałam mojemu jęczącemu
bratu zupę. Nie, nie robiłam tego z dobroci serca, chociaż… no może trochę.
Biedak od dwóch dni miał wysoką gorączkę, kaszel i dreszcze. Jego zdaniem
umierał. Nawet kazał mi spisać testament. Nie, to nie żart. On naprawdę był o
tym święcie przekonany. Cały Jace. Uwielbia robić z siebie ofiarę, a teraz ma
dodatkowo ku temu powód.
- An… - wyjęczał z termometrem w ustach.
- Tak? – zapytałam odwracając się w jego stronę.
Leżał na kanapie, przykryty kocem. Louis gdzieś wyszedł. Dobra, nie gdzieś. Poszedł
do Harry’ego na imprezę.
- Już chyba czas go wyjąć. – powiedział, mając
oczywiście na myśli termometr. Przewróciłam oczami. Czy ten cholerny dzieciak
nie umie sobie nawet poradzić z takim czymś? Nie, nie narzekam. Przysięgłam
sobie, że będę spokojna. Podeszłam więc do mojego brata i wyjęłam trzymaną przez
niego rzecz w ustach po czym spojrzałam na temperaturę. 38,9 stopni dokładnie.
Nie jest dobrze. Ma prawo umierać. – I co? – wyjęczał.
- Co mi dasz w testamencie? – zapytałam, a on zdołał
podnieść rękę tylko po to, aby mi pokazać środowy palec. Świetnie! Termometru z
pyska nie umiał wyjąć, ale obrażać siostrę już ma siłę? Brat roku. – Na litość
boską, dzieciaku. – syknęłam przez zęby.
- No co? Podobno umieram. – mruknął.
- Kiedy parę tygodni temu byłam chora poszedłeś na
imprezę. – powiedziałam z urazą.
- Ale cały czas się martwiłem! – odpowiedział
udając, że się tym naprawdę przejął. Znam Jace’a aż za dobrze. Nie jestem na
tyle głupia, aby mu uwierzyć. I już miałam mu to oznajmić, ale przerwał mi
dźwięk dzwonka w moim telefonie. Sięgnęłam do kieszeni spodni, aby odebrać.
Peter. G e n i a l n i e.
- Czego? – zapytałam prosto z mostu.
- Nie tak ostro, piękna. – odpowiedział ze śmiechem.
– Jesteś mi potrzebna.
- Ale ty mnie nie. Coś jeszcze?
- Zapomniałaś o tym, ze wrzuciłaś mnie pod samochód?
- Nie, nie zapomniałam. Ale mam dość przychodzenia
na każde twoje wezwanie. Mój brat jest chory! – wykrzyczałam prawie do
słuchawki. – Ma 45 stopni gorączki, a z jego pyska leci jakaś dziwna piana. Nie
wiem co robić, okej? On chyba zaraz umrze. Muszę przy nim zostać!
Peter przez moment milczał. Uśmiechnęłam się pod
nosem, mając nadzieje, że to łyknął, ale jak to mawiają, nadzieja matką
głupich.
- Ludzie nie miewają tak wysokich temperatur to po
pierwsze, a po drugie właśnie opisałaś objaw wścieklizny, która na marginesie
objawia się tak u zwierząt. – wyjaśnił. – Brawo, Sanchez. Nigdy nie grzeszyłaś
inteligencją, ale teraz wyszłaś na kompletną idiotkę. Dobra, zbieraj się i
przyjeżdżaj.
Przeklęłam pod nosem, mając nadzieje, że to
usłyszał.
- Daj mi pięć cholernych minut, palancie. –
powiedziałam.
- Tylko bez „palantów”. Pamiętaj, że cały czas
mogę…- nie dokończył, ponieważ przerwał mu mój zirytowany ton.
- Tak, tak wnieść oskarżenie bla bla bla, a wtedy
zostanę udupiona bla bla bla. Coś jeszcze? – zapytałam, a kiedy nie
usłyszałam odpowiedzi, rozłączyłam się.
Spojrzałam z wyrzutami sumienia na Jace’a. Jedna zanim zdążyłam się odezwać, on
powiedział:
- Piana z pyska? Serio?
Przewróciłam oczami i wybrałam numer do Louisa.
Musiał przyjechać i zaopiekować się tym marudą.
- Halo? Louis? – jedyne co mogłam usłyszeć to głośną
muzykę po drugiej stronie słuchawki. No tak. Jest na imprezie u Harry’ego na
pewno nieźle naćpany i zabawia się ze striptizerkami. Taa, wiem, że opisałam
typowe zachowanie kotleta- jakby go nazwała Libby.
- Andrea?! – wykrzyknął. – Coś się stało?!
- Tak, stało się coś bardzo niedobrego. Dla ciebie.
– dałam nacisk na ostatnie zdanie.
- Możesz szybko powiedzieć? Właśnie nagrywałem
zjaranego Hazze na stole. Nie mogę się doczekać aż pokaże ci ten filmik.
Zresztą, zaraz wrzuce go na instagrama. Daj mi pięć minut.
Starałam się zachować spokój i nie krzyczeć, ale w
takich wypadkach inaczej się nie da.
- Wracaj do domu! – powiedziałam stanowczo.
- Co? – jęknął. – Jakie wracaj do domu? Impreza się dopiero
rozkręca.
- Dla ciebie się już skończyła. Jace cię potrzebuje.
- O nie! – wykrzyknął. – Domyślam się czego może
chcieć. Jeśli mam być szczery, boje się go. Ty wiesz co mi ostatnio
zaproponował? Powiedział, że…
- Lalalalala. Nie chce tego słuchać. – powiedziałam
odsuwając nieznacznie telefon od ucha. – Jace ledwo się rusza. Musisz tylko
dokończyć gotowanie zupy i wsadzać mu do pyska termometr co trzy godziny. –
wyjaśniłam mu. Mogłam wręcz usłyszeć ulgę w jego głosie.
- Zaraz będę. – zapewnił i rozłączył się. Schowałam
telefon z powrotem do kieszeni, a potem odwróciłam się w stronę mojego brata. Mogłam
zobaczyć jego obrażoną minę.
- Pyska? Serio?
- Cicho, dzieciaku. – machnęłam nie dbale dłonią. – Jutro
może cię tu nie być, więc twoje zdanie nie specjalnie mnie obchodzi.
- Jestem tylko chory! – oburzył się.
- Tak? A widziałeś swoją temperaturę?
Mogłam wręcz zobaczyć panikę w jego oczach.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Wszystko, byle by tylko go podręczyć.
***
- Co tak długo?! – wyjęczał Peter wraz z chwilą, gdy
weszłam do jego domu. Zacisnęłam dłoń w pięść. Niech no moja ręka spotka się z
jego piękną buźką, a już nie będzie tak kłapał dziobem.
- Mój chłopak nie lubi mnie wypuszczać z łóżka przed
20:00. – odpowiedziałam wchodząc do salonu, gdzie leżał na kanapie.
- Twój co? – jego twarz aż za bardzo wyrażała
zazdrość.
- Chłopak. – powiedziałam spokojnie, a Peter
wybuchnął głośnym śmiechem.
- Taa, jasne. Nie znajdziesz nikogo lepszego ode
mnie. Jestem twoją jedyną nadzieją. Albo ja albo nikt.
- Serio tak myślisz? – zapytałam krzyżując ręce.
- Ja tak nie myślę. Tak jest. – odpowiedział pewnym
siebie tonem. Wzięłam głęboki oddech, aby nie eksplodować. Jaki dupek! Albo on
albo nikt, tak? No to zobaczymy.
- To się zdziwisz.
- Tak? W takim razie kto jest twoim chłopakiem, hm?
Obama czy Chris Brown? – zakpił. Zacisnęłam mocno szczękę, starając się nie
wyzywać go od idiotów tylko szybko kogoś wymyśleć. Choleracholeracholera. Kto
a) nie ma dziewczyny b) nie jest idiotą c) umie kłamać d) lubi mnie e) jest w
miarę ładny
Ech, dobra darujmy sobie punkt B. W moim otoczeniu
nie ma mądrych osobników płci męskiej. Ewentualnie punkt E też możemy sobie
darować. Ważne, aby był pewny siebie i przekonujący.
- A w zasadzie co cię to obchodzi? – wy buchnęłam
nagle. – Zajmij się swoją złamaną nogą. I ciesz się, że nie złamałam ci
drugiej.
- Uuu, widzę, że ktoś tu jest samotny. – uśmiechnął
się cwaniacko. – Mówiłem, jestem jedyną osobą z którą możesz być, nie jesteś na
tyle atrakcyjna by zdobyć kogoś…
- To Louis! -
krzyknęłam, samą siebie zaskakując, ale nikt inny nie przyszedł mi do głowy.
- Ten gej? – wypalił Peter.
- Nie jest gejem!
- Twój brat twierdzi…
- Mój brat twierdzi, że nie dałeś rady z dwoma
dziewczynami. – powiedziałam z satysfakcją. – Więc nadal chcesz rozmawiać o tym
co mój brat twierdzi? – uniosłam do góry jedną brew. Peter zmrużył oczy i
potrząsnął głową. – Tak myślałam.
- Jeżeli kłamiesz, prawda wyjdzie na jaw prędzej czy
później, wiesz?
- Nie ma co wyjść na jaw, bo niczego nie udaje. –
zapewniłam go. – A teraz gadaj czego chcesz.
- Na początek zrób mi kolacje, a potem jakiś mały
masażyk.- powiedział uśmiechając się. Niechętnie kiwnęłam głową. Moje życie to
koszmar.
***
Następnego dnia, przyszłam do szkoły w najgorszym z
możliwych humorów. Byłam tak wściekła, że miałam ochotę coś rozwalić.
Najchętniej czaszkę Petera o zamurowaną ścianę. Waliłabym nią ta długo, aż te
wszystkie głupie pomysły nie wyparowałyby mu z głowy. Nie wierzę, że po
zrobieniu mu kolacji i wymasowaniu prawie wszystkich części ciała, musiałam
zrobić nam selfie i udostępnić je na moim instagramie, aby pokazać całej
szkole, że po zerwaniu nadal jesteśmy przyjaciółmi. Peter musi w końcu dbać o
reputację.
- Hej, hej An! – krzyknęła za mną Scar, doganiając
mnie. – Wyjaśnisz jakoś to? – zapytała pokazując mi zdjęcie moje i Petera.
- Nie widać? Jesteśmy best friends forever. –
mruknęłam sarkastycznie.
- Serio? – zmarszczyła brwi.
- Oczywiście, że nie. – odpowiedziałam. – Zmusił
mnie do zrobienia tego zdjęcia.
- An, on ma gips. Ledwo chodzi. – powiedziała.
- Jak widać ma swoje sposoby. – odparłam, nie chcąc
do końca wyznać o co chodzi. To poniżające. Usługiwać Peterowi. Wstydzę się
tego nawet sama przed sobą.
Nagle obie gwałtownie przystanęłyśmy. Bowiem w
drzwiach szkoły pojawiła się Libby. Miała na sobie ciemne okulary i czarną
beanie. Czyżby była na imprezie Harry’ego? Co więcej chwiała się na nogach i
zachowywała, jakby była wciąż…
- Jesteś
pijana ?! – zapytała Scar podchodząc do niej, a ja za nią.
- Nie, jestem Libby. – odpowiedziała.
- Jeśli czujesz się tak źle jak wyglądasz ... ? – zaczęłam,
ale mi przerwała:
- Nie tak głośno – skrzywiła się Liv.
- Tak, zdecydowanie jest pijana. – powiedziała mnie
do Scar. – Musimy ją zaprowadzić do jakieś sali, najlepiej pustej, tak żeby nikt jej nie zobaczył w tym stanie.
- Niech ten palant się do mnie nie zbliża. –
mruknęła Libby, a my już wiedziałyśmy kogo miała na myśli.
- Tak, tak dopilnujemy tego. A teraz chodź. –
powiedziała Scar ciągnąc ją za ramię.
- Cholera. – odezwałam się widząc idącego w naszą
stronę Harry’ego.
- On zawsze miał takie gęste loki? – zapytała Liv
widząc Hazze. On słysząc to uśmiechnął się szeroko.
- Czy ktoś tu jest pijany? – mówiąc to spojrzał na
Libby z rozbawieniem w oczach.
- Nieee, o co ci chodzi? – Scar starała się
najbardziej jak może zasłonić sobą Liv.
- No nie wiem, może to przez jej okulary i fakt, że
chwieje się na nogach? – odpowiedział udając zamyślonego.
- Tusz jej się rozmazał. – wyjaśniła brunetka. – A
nogi zmiękły jej na twój widok. Sorki, musimy lecieć. – dodała ciągnąc za sobą
Libby. Harry nadal stał ze zmarszczonymi brwiami, nie wyglądając na kogoś, kto
w to uwierzył.
- Ona jest pijana, prawda? – zapytał mnie, wskazując
ruchem głowy za oddalającymi się dziewczynami.
- Nie, to jest Libby. – odpowiedziałam uśmiechając
się sztucznie. Hazza przewrócił oczami i oddalił się, stwierdzając zapewne, że
nic więcej ze mnie nie wyciągnie.
Dobra, a ja muszę porozmawiać z Louisem. I to jak
najszybciej.
***
Zastałam Louisa podczas rozmowy z Niallem i Liamem.
Śmiali się z czegoś bardzo. Nie chciałam im przeszkadzać w „męskim czasie”, ale
niestety, moja sprawa nie cierpiała zwłoki. Im szybciej mu wyjaśnię to, co
musimy zrobić, tym lepiej.
- Mogę porwać go ze sobą? – zapytałam, kładąc dłoń
na ramieniu Louisa.
- Brzmi groźnie. – mruknął Liam.
- Zależy dla kogo. – odparłam.
- Przepraszam na chwilę. – powiedział jakże
szarmancko Tomlinson i ruszył za mną. W tym momencie poczułam się jak skończona
idiotka. Co mam mu powiedzieć?
Hej, może
poudajemy związek przed moim byłym?
Słuchaj, mam pytanie czy za pieniądze zostałbyś moim
chłopakiem?
Czy chciałeś kiedykolwiek z kimś mieć udawany
związek?
Jeśli uważasz, że jestem w miarę ładna, możemy
zostać parą.
Heej, fajne włosy. Zostaniesz moim chłopakiem?
Co za beznadzieja.
- Tak? O co chodzi? – spytał zakładając ręce na
klatkę piersiową. Westchnęłam. Nawet nie wiedziałam jak mam zacząć.
- Potrzebne ci pieniądze? – wypaliłam. Louis
wyglądał na zaskoczonego, nawet bardzo. Nie odzywał się przez chwilę, aż w
końcu pokręcił głową.
- Raczej nie.
Cholera. Więc jak go przekonam?
- Jesteś tego pewien? – nadal naciskałam.
- Tak, w stu procentach. – kiwnął głową.
- Okeej. A czy posiadasz jakiegoś wolnego
przyjaciela o imieniu Louis? – nadal nie odpuszczałam. Byłam zdeterminowana.
- An, o co chodzi? – zapytał w końcu.
- O nic. – machnęłam ręką. – To jak? Masz?
- Nie, nie mam. Po co ci wolny chłopak o imieniu
Louis?
- To moja prywatna sprawa. Musisz wiedzieć wszystko?
– powiedziałam ostrzejszym tonem, niż miałam w zamiarze.
- Nie chcesz to nie mów. Okej, rozumiem. – odparł
wycofując się. Miałam ostatnią chwilę, aby go zatrzymać. Później będę musiała
radzić sobie sama, bo zapewne zabraknie mi odwagi, aby ponownie do niego o to
zagadać. Złapałam go więc za ramię, zatrzymując tym samym przy sobie.
- Potrzebuje ciebie. Konkretnie ciebie.
- Przepraszam, ale co? – zmarszczył brwi, nic nie
rozumiejąc.
- Musisz mi pomóc. To znaczy wiem, że nie musisz,
ale możesz. To nawet wskazane, abyś pomógł. – powiedziałam, starając się jakoś go
przekonać.
- Pomóc w czym? – spytał, a ja myślałam, że
eksploduje.
- W moim problemie! – odpowiedziałam, tak jakby to
było oczywiste, choć rzeczywiście miał prawo nie mieć pojęcia o czym mówiłam. –
Peter uważa, że nikogo sobie nie znajdę i on jest moją jedyną nadzieją na
posiadanie chłopaka. Więc powiedziałam mu, że kogoś mam. I tutaj jest problem,
bo nie mam.
- Okej. – kiwnął głową, udając, że rozumie. – I do
czego ja jestem ci potrzebny?
- O boże! – krzyknęłam tracąc już cierpliwość. –
Serio, Louis? Nie domyślasz się? Nawet troszeczkę? – pokazałam na palcach.
- No trochę się domyślam. – odparł ponownie kiwając
głową. – Wiem! – wykrzyknął uradowany. –
Mam pomóc ci znaleźć chłopaka, tak? – zapytał z nadzieją w oczach.
- Taaak. Chłopaka, który jest wolny i ma na imię
Louis. – odpowiedziałam.
- Wow. – zdołał wydukać zdając sobie w końcu sprawę
z tego o co go proszę. Brawo, panie Tomlinson. Jego komórki mózgowe chyba nie są już tak szybkie jak
kiedyś, zanim zaczął pić tyle alkoholu. – Mamy udawać związek? – spytał
szeptem.
- Tylko przed Peterem. Reszta może wiedzieć, że
udajemy. – powiedziałam.
- Są jeszcze przyjaciele Petera, których ma całkiem
sporo. No i pani Hudson, ma dobry kontakt z Peterem, więc zapewne powie mu
jeżeli zobaczy nas obściskujących się nie ze sobą.
- Nie zamierzam się obściskiwać z kimkolwiek przed
panią Hudson, a ty? – zapewniłam go, a on pokiwał szybko głową.
- Jasna sprawa. Ja też nie. – odpowiedział.
- Zaraz… czyli się zgadzasz? – zapytałam, nie mogąc
w to uwierzyć. On naprawdę się zgodził… musi mnie bardzo lubić.
- A dlaczego nie miałbym? Jesteś moją przyjaciółką i
mieszkam z twoim bratem. Czuje się prawie jakbyśmy byli rodziną.
- Hej, hej. Nie zapędzaj się tak. – poradziłam.
- Jasne, przepraszam. – odpowiedział spuszczając
głowę lekko zawstydzony. Już miałam odejść od niego, ale w ostatniej chwili
zatrzymałam się i zawróciłam.
- Dziękuje, Louis. Naprawdę dziękuje. – powiedziałam
patrząc mu prosto w oczy i poklepałam go po ramieniu.
***
Heej, przepraszam, że taki krótki, ale nie mam za bardzo czasu na pisanie, wiecie, matury :(Mam nadzieje jednak, że wam się spodobał! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz