sobota, 3 maja 2014

Rozdział 15

   Perspektywa Scarlett
 Środa, 3 kwiecień

  Uniosłam brew ku górze, czytając sms'a. Oparłam się o szafki, chowając komórkę do kieszeni. Czyli rozwiązali sprawę dotyczącą śmierci aktora w teatrze beze mnie...  to przykre. Poczułam się niepotrzebna. Nikt mnie już nie kocha, stałam się przeżytkiem. Wracając:
 Jego była kochanka, jedna z aktorek była morderczynią. Zakochana na tyle, że aż otruła mężczyznę, gdy ten zaczął się umawiać z główną bohaterką. Geez, ludzie nawet w XXI wieku zaczynają wariować. ~ dlatego także uważałam, że miłość jest zbędnym uczuciem. Prędzej czy później wygaśnie, a przynosi więcej cierpienia i smutku, niż szczęścia. Po chwili za sobą usłyszałam stukot obcasów. Ze trzy centymetry minimum. Perfumy... słodkie, oryginalne, przez co mogłam je rozpoznać. Do tego w szybie od drzwi z naprzeciwka ujrzałam delikatnie rozmazaną sylwetkę o znanych mi rozmiarach i proporcjach. Libby~!
  - Siema, Scar. - Usłyszałam głos blondynki, która uwiesiła mi się na szyi. Z uśmiechem przytuliłam ją, wcześniej odwracając się w jej stronę.
  - Nie rozumiem, czemu zawsze witacie się ze mną, choć już wcześniej się widziałyśmy. - Westchnęłam z rozbawieniem, poprawiając torbę na ramieniu. Ta tylko przewróciła oczyma, po czym obie ruszyłyśmy w stronę wyjścia. W końcu koniec... co za ulga! Cały dzień było nudno. Rozmowy poszczególnych grupek z klasy nie były ni trochę ciekawe, podlizujące mi się osoby sprawiały, że miałam ochotę zwrócić śniadanie, a nauczyciele jak zwykle gadali tym swoim monotonnym głosem.
 W moje nozdrza uderzył charakterystyczny zapach czekolady zmieszanej z odrobiną... no, tego nie potrafiłam wyjaśnić. Ale wiedziałam już kto się do nas zbliża.
  - O! Dziewczyny! - Wesoły głos blondyna przewiercił mi się przez czaszkę, która nagle zaczęła delikatnie pulsować. Super, jeszcze łeb mnie rozbolał...
  - Hej Niall. - Mruknęłam z uśmiechem, spoglądając w stronę chłopaka.
  - Co tam u was? - Spytał z wyszczerzem, podbiegając do mnie i Libby.
  - Sprawdzian. Mogliby sobie to wszystko odpuścić... - Westchnęła blondynka, zarzucając kręconymi lokami.
  - Muszą sprawdzić czy uważałaś na lekcji, czy malowałaś sobie paznokcie pod ławką. - Zauważyłam, a ta jedynie prychnęła z rozbawieniem, wyciągając dłonie przed siebie.
  - No ale czy ten kolor nie jest śliczny? - Zadała retoryczne pytanie, a Niall przewrócił oczyma. Oho? Czyżby mu się nie podobał...?
  - Co powiecie na shake'a? - Spytał z nadzieją, ruszając w stronę wyjścia ze szkoły.
  - Nie, dzięki. Jestem zajęta. - Wytknęłam mu język i już miałam dodać, że muszę psa dzisiaj wymyć, aż tu nagle ktoś znowu uwiesił mi się na szyi. Nie powiem, spanikowałam. Całe szczęście, że była to tylko An... dziwne, bo gdy byłam z Niall'em traciłam czujność. Zazwyczaj wiedziałam, gdy ktoś się do mnie zbliżał. Słyszałam, czułam lub... po prostu wiedziałam. Będąc z nim zapominałam o Bożym Świecie, co mogło się dla mnie w końcu źle skończyć.
  - Siema, skarby! - Zawołała wesoło, a ja tylko ją przytuliłam.
  - Siema, brzydulo. - Uśmiech Libby spowodował szybsze bicie serca u przechodzących obok nas mężczyzn. A słychać to było dobrze... a przynajmniej dla mnie. Do tego zaczęli szeptać, dokładnie ją lustrując. No, nie tylko ją.
  - Brzydulo? To tobie robią się zmarszczki! Za dużo się krzywisz... i uśmiechasz. - Burknęła, dźgając blondynkę palcem wskazującym w czoło.
  - No co z tymi shake'ami? - Jęknął Niall, nadymając policzki jak chomik. I, nie powiem, wyglądał mega uroczo z takim dziecięcym dąsem. Tylko by go schrupać.
  - Nie mogę. Muszę iść zrobić casting. Potrzebuję partnera do tańca na konkurs talentów. - Odparła z uśmiechem Libby, skręcając. - Do zobaczenia! - Rzuciła, pomachała i... już jej nie było.
  - Ja też muszę iść. Wkuwać. Narka. - Pożegnała nas również An, uciekając.
  - No weź... Scar, nie daj się prosić... - Zachlipał, a ja ciężko westchnęłam.
  - Możemy na chwilę wstąpić. Pod warunkiem, że pomożesz mi z Alex'ym. - Postanowiłam, a ten posłusznie pokiwał główką z tak rozradowaną miną, że od razu cieplej mi się zrobiło na serduszku. Po chwili byliśmy już w jednym z pobliskich restauracji fast food'ów. Tam zamówiliśmy po dwa shake'y. Ja waniliowy, a Niall czekoladowy.
  - Hm? Chi~chi? -Usłyszałam tak  w prędkością światła, unosząc brew ku górze.
  - Martin? A co ty tu robisz? Nie powinieneś być w biurze? - Spytałam z wyrzutem, odbierając swoje zamówienie, a następnie ruszając w stronę wyjścia. Za mną pognali tamte blondyny.
  - Przyszedłem coś zjeść. Ale skoro was spotkałem to wam się nieładnie wtrącę w randkę. - Wyszczerzył ząbki. Gdy znaleźliśmy się już na zewnątrz bez skrupułów wylałam shake'a na głowę mojego współpracownika. Oboje zszokowani spojrzeli na mnie. Choć... wydawało się, że to Niall był bardziej zaskoczony. Nawet bardziej od poszkodowanego.
  - To za ponowne nazwanie mnie "Chi~chi". Ostrzegałam cię już parę razy, że w końcu się wkurzę. Ano... i to nie żadna randka. - Burknęłam, biorąc pod ramię czystego blondyna, a następnie ruszając w stronę mojego domu. Oczywiście mój przyjaciel pognał za nami z pretensją wypisaną na twarzy. - No co? Ponoć mleczna kąpiel świetnie wpływa na cerę. - Zachichotałam, przez co oberwałam w ramię. Dość mocno. Oj, grabisz sobie, staruszku.
  - Tak w ogóle gdzie idziecie? - Spytał ciekawy, a ja z otwartej dłoni uderzyłam się w czoło.
  - Dobrze znasz ten kierunek. - Westchnęłam, mocniej ściskając przedramię Nialla. Wyglądał na lekko spiętego... i jakoś nie zadowolonego.
  - Chodzi mi o to, co będziecie robić u ciebie w domu. - Przewrócił oczyma.
  - A... różne takie tam wstydliwe rzeczy... - Szepnęłam zmysłowym tonem, Horanek się zarumienił, a Martin zakrztusił powietrzem. Oni... wzięli to na serio? - Żartowałam, głąby...
  - Dobra, to teraz na serio, odpowiadaj.
  - Nie jestem na żadnym przesłuchaniu.
  - A właśnie, że tak. Spowiadaj mi się tutaj ładnie i grzecznie.
  - Co ty, ksiądz żeby mnie wysłuchiwać?
  - Przecież wiesz, że zawsze możesz mi się wypłakać w ramię.
  - Jakoś nie odczuwam takiej potrzeby.
  - Mówiłem to tak na przyszłość.
  - W przyszłości zostanę starą panną z kotami. Będzie ich czterdziestka i nie będę miała czasu na żalenie się komuś.
  - Naprawdę sądzisz, że tak skończysz?
  - Oczywiście. To moje przeznaczenie.
  - A jeśli bym ci się oświadczył?
  - Wtedy tym bardziej bym nią została.
  - Jesteś okrutna!
  - A ty głupi.
  - No weź, Chi~chi!
  - Nie mów tak do mnie! - Pisnęłam, uderzając go w tył głowy.
  - Ej... jesteśmy już na miejscu... - Głos Nialla przerwał nam dalszy dialog. Zerknęłam przed siebie i... faktycznie już dotarliśmy pod dom. Otworzyłam drzwi, grzecznie wpuszczając chłopaków do środka, gdzie od razu przybiegł Alex cały rozradowany. Oczywiście podbiegł jedynie do mnie, całkowicie olewając tamtą dwójkę.
  - Grzeczny piesek... nie zbliżaj się do nich. Jeszcze zarażą cię głupotą. - Zacmokałam, a tamten zaskomlał i  uciekł. Jak ja go kocham...
  - Ej! - Chórek chłopców zabrzmiał mi w uszach, a ja jedynie niewinnie się uśmiechnęłam.
  - Scar? Wróciłaś już? - Zza rogu wyszła Iza ubrana w niezwykle uroczy, różowawy fartuszek. Oprócz tego trzymała kuchenny tasak w ręce tak, jakby nam groziła, a cała była... upaćkana... czerwonym czymś... wyglądającym niczym krew. Przerażeni wrzasnęliśmy. No, a tamte tchórze schowały się za mną. Nie powiem, adrenalina była niesamowita. Poczułam się, jakbym zaraz miała zginąć. Zdziwiona przyglądała nam się przez chwilę, po czym najpewniej w końcu zrozumiała, że to przez jej wygląd. Zachichotała, opuszczając rękę z ostrym narzędziem, a następnie wycierając twarz w fartuszek. - Spokojnie... to tylko sos. Przygotowuję nuggety... - Wyjaśniła, a my przestaliśmy piszczeć.
  - Dobra... my... będziemy w ogrodzie... - Mruknęłam jeszcze, otwierając szafeczkę na przedpokoju, z której wyciągnęłam szampon dla psów, a następnie ciągnąc chłopców za nadgarstki w stronę rozbudowanego podwórka. Był śliczny... cały zielony, pod płotem rosły niezwykle zadbane kwiaty, a po prawej stronie, przy końcu stała niezwykle urocza altanka.
  - Alex! Do nogi! - Krzyknęłam, odkręcając z boku kran. Potem chwyciłam za wąż, rzucając w stronę Nialla szampon. - Ty nabierz już go na rękę, a ty Martin... zaczaj się przy wejściu. I spróbuj go przytrzymać. - Rozkazałam, powoli skradając się w stronę drzwi, z których po chwili wybiegł owczarek niemiecki, niezwykle rozradowany. No, do czasu. Gdy zobaczył co się szykuje od razu wziął nogi za pas. Za nim pobiegł Martin... a za nim Horanek. Cała trójka biegła tak, że aż się za nimi kurzyło! Z niemałym rozbawieniem przyglądałam się, jak dwudziestoczteroletni blondyn rzuca się na psa, a ten drugi za nim. Ja natomiast nakierowałam szlauf w ich stronę.
  - No ej! - Pisnął mój współpracownik, od razu odskakując w bok. Oczywiście ja, jak to ja, pozostawiłam słodkiemu głodomorowi namydlić Alex'a, a strumień wody nakierowałam na uciekiniera, który, podobnie jak wcześniej psiak, zaczął latać jak jakiś wariat po całym podwórku.
***
  Zdjęłam przemoczoną bluzkę, rzucając ją na łóżko w moim pokoju. Chłopaki czekali w salonie, cali przemoczeni... no, przynajmniej Iza była na tyle dobra, żeby dać im ręczniki i szlafroki. Ode mnie nie dostaliby nic. Niech marzną... buahaha... robię się coraz gorsza. Narzuciłam na głowę ręcznik, przymykając powieki. Zaraz po tym, jak ja zajęłam się Martinem, Alex wyrwał się Niallowi, następnie na mnie skacząc... wypuściłam wąż ogrodowy, poleciałam na plecy, a cała woda zaczęła tryskać na mnie i psiaka. No, tyle dobrego, że w końcu go umyliśmy. Uśmiechnęłam się pod nosem, już mając zdjąć spodenki, jednak stłumiony jęk mi to przerwał. Zaskoczona spojrzałam w stronę drzwi, w których stał cały czerwony blondyn.
  - P~przyszedłem... j~ja tylko... chciałem zobaczyć, c~czy z tobą w~wszystko w porządku... nie chciałem... ja... - Zaczął się jąkać, cofając, w efekcie potykając o własne nogi i upadając. Zaśmiałam się, kręcąc głową z dezaprobatą, następnie kucając obok niego z uniesionymi brwiami.
  - No już, nie wstydź się tak. Jestem pewna, że w swoim życiu widziałeś już o wiele więcej kobiecego ciała. - Wytknęłam mu język, a ten jeszcze bardziej się zarumienił, spuszczając wzrok. Westchnęłam ciężko, nachylając się nad nim. - No już... miło, że się o mnie martwiłeś. - Szepnęłam mu do ucha, wstałam i wróciłam do pokoju, zamykając drzwi, tym samym pozostawiając blondyna samego.
 Z prędkością światła się przebrałam, następnie schodząc do salonu, gdzie dwójka blondynów i Iza siedzieli na kanapie, oglądając coś w TV. Problemem było to, że zajęli całą...
  - Och... moja kotka psotka nie ma gdzie usiąść? Chodź na kolanka. - Powiedział Martin, głupkowato się szczerząc. Prychnęłam, siadając. Owszem, na kolanach. Tyle, że Nialla.
  - Pomarzyć to ty możesz. - Wytknęłam mu język. - Co oglądamy?
  - "Wszystko dobre co się dobrze kończy". - Odpowiedziała Izabella, poprawiając włosy.
  - Nie za długi tytuł? - Skwitowałam, a reszta wzruszyła ramionami. Głowę oparłam o ramię blondyna, przymykając oczy. I pewnie bym zasnęła, gdyby nie krzyki...
  - Kiedy Libby wróciła? - Spytałam, rozpoznając głos blondynki.
  - Chwilę temu. Przyprowadziła jakiegoś chłopaka i poszli do sali. - Odparł Martin. Przysłuchiwałam się jeszcze chwilę pisków "Nie, nie tak!" lub "To nie tak idzie!" albo "Źle!!!"... najlepsze, że w salce były wyciszane ściany... a mimo to i tak wszystko było tak dobrze słychać... oj, coś czuję, że to konkursu talentów to raczej nie wypocznę.
***
 SKOŃCZYŁAM! WRESZCIE! <3 Jestem z siebie taka dumna... choć rozdział niezwykle krótki ;-; Ostatnio tracę coraz więcej weny. Tyle dobrego, że pisząc z Natalcią przypadają mi do głowy jakieś pomysły. Tracę zapał do pisania... ;c Mam nadzieję, że się wam wszystkim spodoba i będziecie komentować, bo koniec końców, to naprawdę pomaga w zebraniu się do kupy. ;*
 To tyle~ <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz